Dziś w sprawie kosztów wypadałoby wypowiedzieć się o tych (podobno horrendalnych), które poniesiemy w związku z wprowadzeniem (?) Euro, ale że nie kandyduję, to sobie daruję. Tym bardziej, że koszt, który opisuję (i poniosłam) zamyka się w kategoriach raczej psychologicznych. Nie gastronomicznych, choć rzecz jest o smaku. Bo ostatnio smak dzieciństwa stracił dla mnie nieco ze swej słodkości. Co ciekawe, na rzecz smaku wieku dojrzałego!

REKLAMA
Ileż to razy sama mówiłam, że mamy skłonność do idealizowania wspomnień! Skądinąd zupełnie naturalną, zważywszy, że na ogół wspomnienia te dotyczą czasów, gdy byliśmy młodzi, zdrowi, piękni i choć niebogaci, to pełni wiary, że tak się wkrótce stanie, że świat stoi przed nami otworem, że jeszcze go zawojujemy... Przestrzegałam innych przed tą pułapką, a sama w nią wpadłam, jak przysłowiowa śliwka w kompot. Swoją drogą ciekawe, dlaczego właśnie śliwka, a nie jabłko, wiśnie czy rabarbar, z którego – przed epoką coli wszelkiego autoramentu – pyszny kompot gotowała moja Mama? Czepiam się tych owoców nie bez kozery, bo właśnie owoc stał się przyczyną sytuacji, której … owocem jest mój poważnie zakłócony dobrostan.
Któregoś dnia, robiąc codzienne zakupy, zanurzyłam się w głąb osiedla, gdzie od lat jest maleńki warzywniak, z którego na chodnik wylewa się kolorowe owocowo-warzywne samo zdrowie. Ale ja na to osiedle, wcale nie najbliższe domu, wracam uparcie również z sentymentu, bo tu znalazłam swoje pierwsze lokum, gdy trzy dekady temu przyjechałam do Bydgoszczy. Tym razem, podczas bobrowania w skrzynkach z jabłkami, ów sentyment dopadł mnie ze zdwojoną siłą. Wśród owoców zobaczyłam bowiem kosztele – słodkie wspomnienie dzieciństwa, jabłka których bezskutecznie szukałam od lat! Zapytałam właściela warzywniaka czy to na pewno te niegdysiejsze kosztele, ale on nie miał pewności. No, jasne! Jest za młody! – zreflektowałam się i wyszłam z torbą pełną koszteli.
Po powrocie do domu z prawdziwym nabożeństwem przystąpiłam do kosztowania moich wytęsknionych koszteli. Jeden gryz, drugi … i co za rozczarowanie! To jabłko w niczym nie przypominało mi rarytasu sprzed lat, więcej – na co dzień jadam dużo lepsze! To nie było miłe uczucie. Jednocześnie przyszła refleksja: czy to kosztele tak się zepsuły, czy też ja sobie ich smak, kojarzący się z sielskim, beztroskim dzieciństwem, wyidealizowałam? A może odpowiedź jest bardziej prozaiczna, bo teraz mamy mnóstwo lepszych odmian naszych polskich jabłek? Jedno wiem na pewno: więcej koszteli nie kupię, choć w ten sposób pozbawiam się cząstki chołubionych pieczołowicie wspomnień.
Ważne miejsce pośród skrzętnie przechowywanych wspomnień mają te związane ze świętami. Zawsze rodzinnymi, radosnymi i smakowitymi. Początkowo chyba nie widziałam w tym rozgardiaszu zmęczonej twarzy Mamy. Szczęśliwej, że ma nas wszystkich przy sobie, ale jednak zmęczonej. Więcej zrozumiałam, gdy sama zostałam „panią domu”. I wtedy usłużna pamięć przywołała pewne zdarzenie sprzed lat. Nie wiedzieć już dlaczego, jednego roku przyjechałam do rodziców nie na samą Wielkanoc, ale tydzien przed. Jakie było moje zdumienie, gdy zastałam dom odświętnie przystrojony, z wielką drożdżową babą na honorowym miejscu! Widząc moją minę, Tata wyjaśnił: „Bo święta są wtedy, gdy dzieci są w domu”. To chyba wówczas postanowiłam spróbować inaczej rozkładać akcenty naszego sposobu spędzania świąt. Rozpoczęłam długi proces poluzowania żelaznych okowów polskiej tradycji, która każe świętować przy suto zastawionym stole i padającej z nóg gospodyni. Proces żmudny i trudny, ale bardzo ułatwiła mi go – o paradoksie – moja uwikłana kuchennie Mama! Kiedyś w zimowej promocji wykupiliśmy bilety na wspólny wyjazd do Barcelony. Dopiero później zorientowałam się, że pobyt przypada na czas Wielkanocy. Pytam więc nieco speszona, co na to nasza strażniczka tradycji, a Mama, że to wspaniały pomysł! Że ludzie tak powinni spędzać święta – odprężeni, z dala od codziennych trosk. Szok?
Jeśli nawet, to już minął i nie do Barcelony wprawdzie, ale nad polskie morze wybieram się podczas tegorocznych świąt. I będą to najbardziej rodzinne ze świąt, bo jedziemy tam w trzy pokolenia, a na miejscu będziemy rodziną czteropokoleniową: od półrocznej Wnusi do mojej Mamy, obecnie już Prababuli! A nikt się przy tym nie umęczy zakupowym obłędem, sterczeniem przy garach, sprzątaniem i całym tym krzątaniem, które zabija radość świąt. Będziemy się cieszyć swoją obecnością i wdychać jod, jeśli pogoda przestanie robić wbrew wiośnie i nam wszystkim. Cieszę się na ten wyjazd i powiem szczerze: pal licho kosztelowy smak dzieciństwa, wolę rozsmakować się w takich świętach na luzie. Nawet jeśli Pan P. i ten Obcy pojadą z nami na gapę. Zwycięży silniejszy, a w czteropokoleniowej rodzinie jest siła! Zresztą może przed wyjazdem uda się nam przechytrzyć wszystko co złe? No, bo kto by w Wielki Piątek szukał mnie nie w kuchni robiącej sos tatarski, tylko u kosmetyczki?! A właśnie się umówiłam. Sama nie mogę w to uwierzyć.