Jakbym mało miała własnych wyborczych wątpliwości, tuż po irytującej II debacie dopadł mnie dramatyczny mail znajomego Emigranta, nomen omen, numer II. Że ani chybi zmieni obywatelstwo, bo bycie w Berlinie Polakiem, który chce głosować w wyborach prezydenckich to nie lada wyzwanie! Że to obciach, żenada, w ogóle wstyd. A ja myślę, że to … balsam na słowiańską duszę targaną nostalgią. Za wszechobecnym chaosem, niemocą petenta i urzędniczym tumiwisizmem. Za naszą polską, swojską codziennością!
REKLAMA
No bo czy nic nam nie przypominają wściekłe przeklinania wirtualnej rzeczywistości, co to nijak nie chce się dopasować do tej realnie istniejącej, której przecież ma służyć? Jak strona www. założona dla Polaków, by zarejestrowali się przed głosowaniem w wyborach prezydenckich. Niby Emigrant II z komputerem jest za pan brat, ale zarejstrować się, pomimo wielu prób, nie zdołał. Maszyna w kółko powtarzała mu, że coś tam w danych pomylił i chłop niemal zwątpił już w swoją tożsamość. Nie zwątpił jednak w wypróbowany, z ojczyzny znany, sposób komunikowania się z urzędem, czyli oko w oko, a raczej oko w...okienko.
I nie zawiódł się - w polskiej ambasadzie czas jakby się zatrzymał. Rzeczonych okienek było wprawdzie kilka, lecz połowa zamkniętych. Ludzi tłumek niezgorszy, w dużej części zgorszony wszakże faktem, że o sprawach raczej poufnych „lady zza lady” donosiła wszem i wobec przez mikrofon. Dopiero kiedy Emigrant II poskarżył się na fatalną stronę rejestracji do wyborów, któraś „panienka z okienka” na moment straciła rezon. -Oj, sam pan wie jak z tą elektroniką bywa... – powiedziała znacząco zawieszając głos. No i nie pan pierwszy się skarży! - dodała niby na usprawiedliwienie. I choć wiem, że to nie był dialog z filmu Barei, kolejna scena mocno zachwiała tę pewność. Pani zza okienka, najwyraźniej zadowolona, że interesant zrozumiał puszczone do niego oko, znowu sposępniała poproszona o formularz. Po dłuższej chwili prac wydobywczo-poszukiwawczych stwierdziła, że...formularze wyszły. Ona więc też wyszła i chyba gdzieś daleko, bo zniknęła na długo. Koniec końców, konkretnie po 55 minutach, Emigrant II zarejestrował się i teraz „tylko” dręczy go pytanie: czy warto było?
Przeczytałam tego maila raz, potem drugi raz Tubylcowi i ciągle „nie mam jasności w kwestii Marioli”, jak śpiewał mistrz Młynarski. Tu w kwestii czy warto oddać głos, jak chciał Emigrant II, na prezydenta wywodzącego się z PO - partię, która nawet tę Polskę „na wynos” potrafi spieprzyć? Ja mu nie podpowiem, bo niby co mam powiedzieć? Że na takie miny natykam się codziennie? Że jak słyszę zapowiedzi odwrócenia urzędów w stronę petenta, to mnie skręca? Zresztą sama już nie wiem – z pustego śmiechu, czy ze złości? Nie wiem... te słowa najlepiej oddają mój obecny „obywatelski” stan ducha. O tym, żem polityczną sierotą już pisałam, że rozczarowanym wyborcą PO – też. W końcu tak mnie to wszystko wkurzyło, że po raz pierwszy nie poszłam głosować i pojechałam do Mamy. Nie przewidziałam tylko jednego: moja ukochana Mama na wieść, że nie załatwiłam formalności uprawniających do głosowania poza miejscem zamieszkania omal mnie do tego miejsca nie przegnała!
No i odbyłam krótką, ale mocną w wymowie lekcję wychowania obywatelskiego. I dostało mi się za całą rodzinę, bo przecież Braciszek bawił wówczas w obcych kurortach, gdzie szukał wrażeń, a nie urn wyborczych! Zrazu myślałam nawet, że Mama sobie żartuje, ale w momencie ogłoszenia gorących sondaży tuż po pierwszej turze zrozumiałam, że to wszystko jest na serio. I to, że górą był kandydat Duda, i to że Mama winą obarcza nas – niegłosujących, z różnych zresztą powodów. Próżno tłumaczyłam, że wielu wyborców pokazało „Kozakiewicza gest” rządzącym głosując na Kukiza, a ja ich po prostu zlekceważyłam, tak jak oni lekceważą mnie od lat. Jak obrażają moją inteligencję, gdy platformerska „ich wyniosłość” nie ustaje w pouczaniu innych, nawet gdy własne autorytety z hukiem sięgają bruku. No, miałam tego dość i tyle!
Mojej (doraźnej?) filozofii przyszło się jednak zderzyć z argumentami z wysokiego C, bo tymi spod znaku patriotyzmu w czasach pokoju, wypełniania obywatelskich powinności i najcięższym: nie tak was dzieci wychowałam. Atmosfera zrobiła się gęsta, ale szczęśliwie rzedła w miarę mnożenia się komentarzy z prawa i z lewa. Mama wszystkiego słuchała z równą uwagą, dyskutowała zapalczywie, aż w końcu przyznała, że w tym co mówi córka coś jest... Bo tej Platformie żółta kartka, rzeczywiście, się należała. Ale, żeby nie dostała czerwonej, to teraz już obowiązkowo muszę iść na wybory.
I tu jest pies pogrzebany. Znowu mam głosować przeciw czemuś, a nie za kimś. Już się nawet zaczęłam krygować cytując klasyka, że „nie chcem, ale muszem”, co jednak w żadnym stopniu nie złagodziło mojego politycznego zniesmaczenia. A debaty, szczególnie ta druga tylko je pogłębiły. Niby dorośli, poważni mężczyźni, a jak dzieci grali w Mickiewiczowskie „Golono-strzyżono” . Ignorując kompletnie pytania dziennikarzy (co się stało Monice Olejnik?!) czyhali tylko, by dołożyć adwersarzowi. Raz celnie, raz mniej, za to często mało merytorycznie. Kandydat z Belwederu epatował statystycznymi zestawieniami z okresem rządów PiS, tak jakby miało to tak proste przełożenie na realne życie. Zaś kandydujący z Europarlamentu mamił obietnicami bez pokrycia, tyle, że odrobiwszy lekcję z pierwszej debaty, nie przypominał już zastraszonego uczniaka.
Dziś żadnemu z nich nie dałam „lajka”. A głos w niedzielę? Jednak oddam. Na Mamę.
