Myślę, że Beverly Hills jest niczym ta (wykonana zapewne z najdroższego kruszcu) przysłowiowa wisienka na metropolitalnym torcie Los Angeles. Ani chybi to tam na jeden (luksusowy) metr kwadratowy przypada najwięcej bogaczy, celebrytów, gwiazd i różnej maści ekscentryków. Słyszysz: „Beverly Hills” - myślisz: duuuże pieniądze i mina ci rzednie, no bo „z czym do gości”... Tymczasem ja w zeszły weekend byłam w naszym swojskim Beverly Hills i teraz też się wybieram. Tak było cudownie!
REKLAMA
To nieoczywiste porównanie przyszło mi do głowy, gdy przypomniałam sobie, że wiele znanych mi osób (a i ja sama czasem) czując luz i błogostan wzdycha w rozmarzeniu: ale Ameryka... Tak się bowiem już w Polsce utarło, że wielki kraj za jeszcze większą wodą to dla nas Eden prawdziwy. Nie mnie jednak walczyć z historycznie utrwalonymi stereotypami myślenia, zaryzykuję więc tylko stwierdzenie, że po odpuszczeniu sobie tamtejszych celebryckich wykwintności i śmieszności, możemy sobie stworzyć własne (lepsze?) Beverly Hills.
Wiem, bo – jak wspomniałam – byłam w takim miejscu. I nie był to raut na terenie ogrodów w stylu francuskim okalających willę o widocznych tęsknotach śródziemnomorskich, czego chlubną pointą jest wielki basen. Raczej zwykły wiejski (z dziada pradziada) dom z warzywnikiem, kwiatowymi rabatkami i ogromniastym trawnikiem, gdzie hula przesympatyczne psisko, a letnią porą toczy się życie mieszkańców. A że sympatyczny w tym obejściu jest nie tylko czworonóg, goście lgną do domostwa jak pszczoły do miodu. Szczególnie podczas tropikalnych upałów, które ostatnio nawiedziły nasz kraj cieszący się dotąd (pamiętam ze szkoły) „klimatem umiarkowanym”. Dodatkowym magnesem jest wykorzystanie części trawnika pod ...basen. Nie taki tradycyjny - murowany i kafelkowany, co go – jak na filmie - musi czyścić przystojny (koniecznie) i muskularny basenowy. Żadne takie, choć gospodarz spełnia warunki... To składany basen ogrodowy (z jakichś tworzyw sztucznych) na tyle jednak duży, że mogą w nim pływać 2-3 osoby. A jeśli w gromadzie, to choćby ochłodzić się, gdy żar leje się z nieba. No, Ameryka!
Pojechałam tam z Tubylcem na grilla, martwiąc się tylko kto będzie miał odwagę stanąć w taki upał przy ogniu. Niepotrzebnie, bo odważnych nie brakowało, choć sama konsumpcja odbywała się w chłodzie domostwa. A potem dowcipna gospodyni zaordynowała: babciu, basen! Bo trzeba wiedzieć, że były nas tam trzy babcie. Tubylcza babcia weszła do basenu, aby dać dobry przykład, ale dwie pozostałe coś się ociągały. Kiedy ja w końcu przyznałam się, że mam w bagażniku akcesoria pływackie, trzecia babcia zaskoczyła wszystkim robiąc nagły chlup! Zaimponowała mi, wskoczyła do wody, tak jak stała – w sukience. To się nazywa fantazja! Wtedy nie miałam już wyjścia, szczególnie, że zewsząd dobiegał mnie śmiech: babciu, basen! A kiedy „trzy babcine Gracje” nacieszyły się wodą i ochłodą, któraś westchnęła (prowokacyjnie?), że zdałby się jeszcze zimny szampan... Mówisz – masz i za chwilę podano nam na tacy trzy kieliszki białego wina z lodem. No, Ameryka!
Gdy upał nieco zelżał i babcie wyszły na suchy ląd, zasiedliśmy ławą na ławie. Przy kawie i czymś słodkim. Nasze rozmowy i śmiech roznosiły się daleko poza płotki i opłotki. Było nam naprawdę dobrze... I w tym błogostanie myśl leniwa (i nienajmądrzejsza) przeszła mi przez głowę, że kichać na wyprawy do Hiszpanii czy Włoch, gdy tu jest Ameryka! Szczęśliwie, z tego upalnego odrętwienia wyrwał mnie stadny okrzyk zachwytu. Otworzyłam oczy i co widzę? „Strzaskany” na heban (niczym Południowiec?) gospodarz częstuje nas brzoskwiniami ze swojego ogrodu – brzoskwiniami o soczystości i słodyczy właściwej tylko owocom dopieszczonym promieniami słońca. To było naprawdę smakowite uwieńczenie wspaniałego dnia....
Dziwne. Ale to właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że kiełbaska z grilla, basen, wino, a nawet własne brzoskiwnie, że to wszystko jest ważne, ale najważniejsze jest z kim to dzielisz. Najważniejsze jest dobre towarzystwo! I niech się Ameryka schowa, bo jestem pewna, że takiego towarzystwa jak na tej naszej swojskiej wsi nie znalazłabym w luksusowym Beverly Hills. Czy można się więc dziwić, że jedziemy tam z Tubylcem i w ten weekend?
