Mocno uwikłałam się ostatnio w kontakty z ZUS-em, które – co odkryłam z niejakim zdumieniem – przywodzą mi na myśl biblijną przypowieść o Dawidzie i Goliacie. I, zaprawdę, nietrudno się domyślić kto w tym nierównym pojedynku jest potężnym Goliatem. Ale skoro legenda przyznała zwycięstwo słabszemu, to i ja nie tracę nadziei. Dodatkowym argumentem jest fakt, że już kiedyś z ZUS-em wygrałam. Tyle, że nie wojnę, jak myślałam, a jedynie bitwę.

REKLAMA
Stąd wiem, że nadziei trzeba pomóc. I nie być przysłowiowym pokornym cielęciem, nawet jeśli to ono pono dwie matki ssie. Jak ci nie przyznają świadczenia, o którym wszystkie znaki na niebie i w ziemskich ustawach mówią, że ci się należy, nie odpuszczaj. Walcz! W moim przypadku Zakład Ubezpieczeń Społecznych doskonale wiedział, że mam prawo do wcześniejszej emerytury, a mimo to szedł w zaparte, że się tak wyrażę, i świadczenia odmówił. Jak wielu przede mną dziennikarzy skierowałam sprawę do sądu. A tam się dopiero działo! Z dzisiejszej perspektywy wygląda to nawet komicznie: poruszałam się w oparach absurdu, którego natężenie ZUS stopniował, jakby szedł w zawody z samym Hitchcockiem! Gdy w gruzach legła strategia powołania świadków na okoliczność czy aby nie byłam żurnalistą farbowanym, wydawało się, że ZUS z pokorą przyjmie wyrok sądu. Ale nie, ten wszechpotężny urząd, z sobie tylko wiadomych powodów, dalej narażał się na śmieszność i złożył od wyroku apelację. Tę oddalono, co wymusiło przyznanie mi wcześniejszej emerytury. Mogłam chodzić z podniesioną głową, przez którą jednak ni razu nie przemknęła myśl, że ZUS nie walczył ze mną, tylko dla mnie. Dla mojego dobra.
Że zwariowałam? Ani trochę! Musiało minąć sporo czasu, bym zrozumiała, że tamto uparte odmawianie mi prawa do wcześniejszej emerytury było wyrazem troski ZUS-u o mnie! Jakim cudem? Ano właśnie cudem, jakim jest … paranormalne zjawisko prekognicji. Tym różniącej się od jasnowidzenia, że przepowiada ona, najprościej mówiąc, przyszłość niedającą się wywieść ze współczesności. Nic bowiem w 2011 roku, gdy przyznano mi wcześniejszą emeryturę nie wskazywało, że prawo ustanowione w 2013 roku uczyni świadczenie to rodzajem kredytu. A jak kredyt, to trzeba go spłacić! Nakazuje to nowela ustawy emerytalnej mówiąca, że z chwilą osiągnięcia przez „wczesnych beneficjentów ZUS-u” praw do tzw. powszechnej emerytury ich kapitał początkowy zostanie pomniejszony o sumę (brutto) świadczeń dotąd wypłaconych. I choć spadło to na ubezpieczonych niczym grom z jasnego nieba, to w ZUS-ie coś musieli przewidywać. Z troską pochylono się więc nad losem tysięcy mi podobnych i wytrwale chroniono przed zagrożeniem płynącym z wcześniejszej emerytury.
Oczywiście, ironizuję. Ale, że hucpa to okrutna zaprzeczyć trudno. Nikt z ubezpieczonych starających się o wcześniejsze świadczenie emerytalne przed wiosną 2013 roku nie miał pojęcia, bo nie mógł mieć, że za ruch ten przyjdzie mu zapłacić „karę”. Jakby wiedział, to może by machnął ręką na ten wątpliwy akt łaski. Jakby wiedział, to miałby wybór, którego jednak pozbawiło go prawo działające wstecz! Niby ZUS w swej szczodrobliwości (sic!) zapewnia, że jeśli po pomniejszeniu kapitału świadczenie będzie niższe od dotychczasowego, ubezpieczony dostanie to wyższe, ale ja w noweli ustawy nie znalazłam takiego zapisu. A jak nie zobaczę na piśmie, to nie uwierzę. Bo jak mam wierzyć, skoro pani z boksu w ZUS-ie pytana o to czy ja podpadam pod tę kuriozalną nowelę orzekła beztrosko, że nie. Jej argumentacja wzbudziła jednak moje wątpliwości i z rodzinnym wsparciem prawnym doszłam do tego, że pani z boksu nie ma racji!
A że słowo ulotne jest i udowodnić je (bez podsłuchu) trudno, zaprzyjaźniony Ni Przypiął Ni Przyłatał poradził mi pogadać z ZUS-em na piśmie. Bo wbrew niegdysiejszemu przydomkowi ze strof Gałczyńskiego Ni Przypiął Ni Przyłatał został przez życie „uziemiony” i jest do bólu pragmatyczny. Napisałam zatem pod jego dyktando pismo, w którym zadaję ZUS-owi 4 proste pytania. Zamach na mój kapitał początkowy bowiem to nie jedyna wątpliwość. Zasadniczą jest pytanie o to czy będąc już w tzw. powszechnym wieku emerytalnym pobieram jeszcze wcześniejszą emeryturę, czy też „normalną”? Tę ZUS miał okazję mi naliczyć, gdy zwróciłam się o zastosowanie noweli ustawy z maja 2015 r. , która uznaje lata studiów i urlopu wychowawczego za składkowe. Działałam ręka w rękę z BO i razem z BO długo pozostawałyśmy w niemym osłupieniu po otrzymaniu odpowiedzi z ZUS-u. Drobiazg, że gdzieś ulotniło mi się ze sto miesięcy składkowych (?!), bo dalej było już tylko dobrze i jak wróżyły krzykliwe tytuły prasowe – wzbogaciłyśmy się! Ja o całe 2,40 zł (dwa złote i czterdzieści groszy), a BO udało się zgarnąć coś około 11 złotych. Żyć nie umierać!
Skoro umierać jeszcze nie zamierzam, muszę baczyć na to, że przedłużone ramię państwa, jakim jest Zakład Ubezpieczeń Społecznych, ciągle gmera w mojej kieszeni. Nauczona smutnym doświadczeniem mam bowiem podstawy podejrzewać, że nic dobrego z tego gmerania nie wyjdzie. Na utrącenie nachalnego ramienia wielkich szans nie mam, więc chcę przynajmniej wiedzieć jaki jest stopień zanieczyszczenia łap sięgających do mojej kieszeni. Przewrotnie mogę powiedzieć, że są... umyte, bo państwo od problemów emerytów zdecydowanie umywa ręce, tyle że w kontaktach z tym Zawodowym Utracjuszem Składek nie staje mi już poczucia humoru. Dlatego moje pismo do ZUS-u było śmiertelnie poważne i takiej oczekuję odpowiedzi. Narazie wiem tyle, że już jest spóźniona. Ale nic to, poczekam. Mam czas, jestem na emeryturze. Wprawdzie nie wiem czy mam do czynienia z tą wcześniejszą, czy z powszechną, z kapitałem pomniejszonym ustawowo czy … odruchowo, z szansą na lepsze rozdanie, czy z rozdaniem ostatnim? Nie wiem, ale się dowiem!