- No, tak! Trudno to nazwać aprobatą – stwierdziłam z niejaką goryczą, gdy żegnając się z dotychczasową blogosferą przeczytałam wpis: Dlaczego nagle „Wapiętnik” przechodzi na lansiarską platformę naTemat? Ale towarzyszące temu westchnienie „sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało...” nie oznaczało rezygnacji. Przeciwnie! Wytłumaczyłam, co mną kierowało i... przekonałam malkontenta. W wersji rozszerzonej brzmiałoby to tak.
REKLAMA
Najpierw żyłam wespół z Tubylcem (dobrowolnie poślubionym) i Panem P. (przez chorobę pod kołdrę wtrynionym) w zaciszu domowym. Wszak trójkącik to związek grzeszny, a brudy najlepiej prać we własnym domu, prawda? Z czasem jednak wyszłam z gachem na powietrze (kije, basen rower), bo uzmysłowiłam sobie, że wstydzić się to powinien on – krwiopijca, nie ja, z której krew wysysa. Stąd kolejna decyzja: dać głos w sprawie! Zaczęłam opowiadać o nierównej walce z Panem P. na blogu, który – choć w sieci – wydał mi się niczym zaciszny zaułek. Zaglądali tam głównie „znajomi królika”, było więc swojsko i bezpiecznie. Aż tu po kilku miesiącach, za podpowiedzią rodzinnej Młodzieży, znalazłam się pośrodku przysłowiowej Marszałkowskiej. Przez moment trochę zagubiona, nieco oszołomiona towarzystwem, nie do końca przekonana czy miejsce, przez które przebiegają wszystkie nerwy naszego społeczno-politycznego życia, jest tym właściwym dla potyczek z Panem P...
- Rany, co ja tu robię? - zapytałam siebie rychło w czas. - A jeszcze te oskarżenia o lans! - denerwowałam się. Szczęśliwie, nie po raz pierwszy zauważyłam, że jak się wkurzę, to mi się zwoje w głowie nieco przewietrzają, myśli stają się jaśniejsze, obraz klarowniejszy.
Tym razem też się wyklarował i wyszło mi, że - nie wiedzieć czemu – dziś słowo „lansować” ma jednoznacznie pejoratywną konotację. Według tej szkoły lanser to bowiem ktoś, kto ma tzw. parcie na szkło, chce zaistnieć za wszelką cenę oraz – co gorsze – bez względu na to, czy ma coś do zaoferowania. Chyba więc warto przypomnieć młodym ludziom, że lansować (promować, propagować) można nie tylko siebie, ale choćby postawę życiową, styl bycia, pogląd ect. I w takim znaczeniu, rzeczywiście, jestem lansiarą! Jestem, bo chcę rozpropagować mój sposób walki z chorobą, upowszechnić konwencję, w której orężem jest autoironia pomagająca oswoić strach, tak że – nawet jeśli paraliżuje członki – nie paraliżuje życia. Pokazać, że budowany w ten sposób dystans do choroby czynią współżycie z Panem P. znośnym i niepozbawionym uśmiechu. A skoro chcę, żeby zobaczyło to jak najwięcej osób, to chyba lepiej mieć witrynę przy ruchliwej i hałaśliwej Marszałkowskiej, niż w cichym, mniej uczęszczanym zaułku!
Tym razem też się wyklarował i wyszło mi, że - nie wiedzieć czemu – dziś słowo „lansować” ma jednoznacznie pejoratywną konotację. Według tej szkoły lanser to bowiem ktoś, kto ma tzw. parcie na szkło, chce zaistnieć za wszelką cenę oraz – co gorsze – bez względu na to, czy ma coś do zaoferowania. Chyba więc warto przypomnieć młodym ludziom, że lansować (promować, propagować) można nie tylko siebie, ale choćby postawę życiową, styl bycia, pogląd ect. I w takim znaczeniu, rzeczywiście, jestem lansiarą! Jestem, bo chcę rozpropagować mój sposób walki z chorobą, upowszechnić konwencję, w której orężem jest autoironia pomagająca oswoić strach, tak że – nawet jeśli paraliżuje członki – nie paraliżuje życia. Pokazać, że budowany w ten sposób dystans do choroby czynią współżycie z Panem P. znośnym i niepozbawionym uśmiechu. A skoro chcę, żeby zobaczyło to jak najwięcej osób, to chyba lepiej mieć witrynę przy ruchliwej i hałaśliwej Marszałkowskiej, niż w cichym, mniej uczęszczanym zaułku!
To raz. Dwa – dlaczego krzepiące książki o tym, jak brać się za bary z chorobą mają być zarezerwowane dla VIP-ów? Jestem pewna, że upublicznienie zmagań z rakiem Krystyny Kofty, Kamila Durczoka czy Jerzego Stuhra przyniosły pocieszenie wielu chorym. A zdrowszym uzmysłowiły (co, daj boże!) wagę profilaktycznych badań i codziennej troski o kondycję. Jednak statystyczny Kowalski zawsze będzie skłonny powiedzieć, że tym sławnym jest łatwiej, bo mają pieniądze, wpływy, kontakty... Niech więc zobaczy, że ktoś jemu podobny – z pieniędzmi bardzo przeciętnymi i kontaktami tylko (a może – aż?) przyjacielskimi – też nie pozwala zdominować się choróbsku. Więcej, próbuje swój marny los przekuć w wygraną! Przesadzam? Ani trochę! Toż to Pan P. zmusił mnie do aktywnego trybu życia, uwalniając dające uśmiech endorfiny, to on – przesadzając czasem z auta na rower – przypomniał dobrodziejstwo kontaktu z przyrodą, to choroba Parkinsona sprawiła, że zaczęłam pisać bloga, który może w przyszłym roku zamieni się w książkę... Czasem czuję się tak, jakbym miała nowe życie i to ciekawe!
Jestem więc (i chcę być!) lansiarą. Wygląda bowiem na to, że – tym razem zgodnie ze slangowym znaczeniem słowa „lans” - wylansowałam też siebie. Przez ponad 3 dekady bycia żurnalistką zrobiłam setki wywiadów, ale dopiero po debiucie w naTemat odbył się mój debiut, jako osoby „wywiadowanej”. Dziwne uczucie... Oczywiście, naopowiadałam tam o Panu P., bo to jemu (znowu!) zawdzięczam, że po dwudziestu latach wróciłam na łamy „Gazety Pomorskiej”, gdzie zaczynałam pracę. To się chyba nazywa, że zatoczyłam koło...
Gorzej z zataczaniem kół na rowerze, bo leje i wieje. Ale mam na to radę: rowerek treningowy, który wytaszczyłam właśnie na środek salonu. Pozbawiony wprawdzie kół, ale za to wyposażony w pedały. To ważne, bo – jak udowodnili medycy, a ja odkryłam całkiem niezależnie – Pan P. nie znosi pedałów, co nie ma nic wspólnego z homofobią. Taki pokojowy trening nie wytrzymuje porównania z przysłowiowym wiatrem we włosach podczas prawdziwej przejażdżki, wystarczy jednak włączyć telewizor... Już nie jest tak nudno, a pedałując podczas rozmowy Kazimiery Szczuki z Beatą Kempą o sejmowym bumerangu aborcyjnym mój speed wzrósł nagle o dobre o 10 km/h. Stąd nieodwołalna decyzja – nie będę jeździć na serialach, tylko podczas programów publicystycznych.
