Nordic walking jest jak alkohol. Też dla ludzi. Ale nie szkodzi tylko wtedy, gdy potrafimy zeń korzystać – raz, że umiejętnie, dwa – z umiarem. W przeciwnym razie, niech mi wybaczą miłośnicy nordic walking, lepiej na kijach osadzić szczotki. Będzie z tego pożytek, a i szkód może uda się uniknąć.

REKLAMA
Przyznaję, trochę mi się ręka trzęsła, gdy to pisałam. I tym razem winowajcą nie był mój cień, Pan P. (choć akurat trząść potrafi, o czym dobrze wiedzą parkinsonowcy!) Ręka mi zawisła nad klawiaturą, bo mam świadomość jaką popularnością cieszy się w Polsce nordic walking. Więcej – jego zwolenników wciąż przybywa, jest to bowiem forma aktywności dostępna niemal dla każdego. Szczególnie przyjazna, jak się wydaje, osobom starszym, których sprawność fizyczna staje się z wiekiem coraz bardziej ograniczona. A tu wystarczy chwycić kije (są już powszechnie dostępne w rozsądnych cenach) i wymaszerować z domu! Wymaszerowaliśmy zatem stadnie do parków, ruszyliśmy w las, a i na ulicach widok kijkarzy przestał dziwić. Po latach niedoceniania przez rodaków znaczenia profilaktyki prozdrowotnej, ten run na nordic walking musiał wzbudzić aplauz.
Wyjątkowe powody do radości miał Piotr Kowalski – prekursor chodzenia z kijami w Polsce. To on nawiązał pionierską współpracę z Finlandią, skąd w pierwszej połowie lat 90. (z kręgów narciarstwa biegowego) wypłynęła w świat nowa forma aktywności ruchowej – nordic walking. Szkolił się więc Piotr Kowalski w samej mekce, tam uzyskał kwalifikacje instruktorskie i trenerskie. Zdobyte doświadczenia zaowocowały w 2001 r. założeniem firmy, która – oprócz promocji skandynawskiej idei – oferowała szkolenia instruktorów nordic walking. A ci szybko mieli pełne ręce roboty, bo moda na nordic walking stała się faktem! Tymczasem Piotr Kowalski, jeżdżąc po kraju i obserwując mnożące się zawody i mistrzostwa kijkarzy, zaczął się niepokoić...
- Dostrzegłem, że to wszystko coraz bardziej oddala się od propagowanej przeze mnie filozofii czerpania zdrowia z naturalnych źródeł przez marsz z kijkami na świeżym powietrzu – przyznaje dziś pionier polskiego nordic walking. Dodając, że zmuszające do nadmiernego wysiłku wyścigi z kijami są nieporozumieniem, a przy tym obciążają organizm. - Nordic walking to nie sport, tylko aktywna rekreacja – podkreśla z mocą. I, oprócz wyścigowego tempa, na liście przewin nordic walking Piotr Kowalski wymienia nienaturalnie długie kroki, zaciskanie dłoni na rękojeści kijów oraz bardzo mocne odbijanie się źle skonstruowanymi kijami od podłoża, co zwiększa działanie sił forsujących stawy i kręgosłup.
Słuchałam tego w osłupieniu. Ile się naczytałam o zbawiennych skutkach nordic walking! Że angażuje nawet do 90% naszych mięśni, dotlenia, a przede wszystkim odbarcza kolana, biodra, plecy... Chcąc być jednak uczciwa, wyciągnęłam upchnięte (ze złości i niedowierzania) gdzieś głęboko w pamięci słowa ortopedy sprzed pół roku. Ten, słysząc, że od pięciu lat jestem fanką nordic walking zaordynował stanowczo: proszę kije zamienić na rower! Powód? Szwankująca panewka stawu biodrowego. - Przez te pięć lat zrobiła pani naprawdę wiele, by jej zaszkodzić – dobił mnie na odchodnym doktor.
No, nie polubiłam go! Ale z rowerem odnowiłam przyjaźń zaniedbaną od czasów szkolnych, nordic walking zaaplikowałam sobie raz w tygodniu, a trasą, którą przemierzałam z Tubylcem w 50 minut, teraz z Bo idę nawet 80 min., za to dużo rozmawiamy, rozkoszujemy się (ta ostatnia środa!) słońcem i podziwiamy, jaką wspaniałą malarką – kolorystką jest jesień... Myślałby ktoś, że się lenię, tymczasem zbieram pochwały! - Dobrze się stało, bo jak wykazują niemieckie badania, ten ortopeda miał rację, a dla pani plus, że nie rozstając się z nordic walking, intuicyjnie zamieniła pani marsz w spacer po zdrowie – podsumował Piotr Kowalski. Na takie dictum nie mogłam nie zapytać o wyrzuty sumienia, że zaimplantował na nasz grunt coś, co nie służy tak zdrowiu, jak się wydawało?
-Jedyne, co mnie pociesza to, fakt, że rzadko kto w Polsce uprawia prawdziwy nordic walking – usłyszałam, bo okazuje się, że technika skandynawskiego marszu jest skomplikowana i większość kijkarzy radzi sobie po swojemu. Najczęściej, jak ja, intuicyjnie, dzięki czemu marsz jest dość naturalny.
Niepokój Piotra Kowalskiego, czy aby klasyczny nordic walking to nie „kije samobije” w pewność zmienił się po nawiązaniu w 2012 r. współpracy z Tomem Rutlinem. Mało bowiem, że Amerykanin okazał się o dekadę (!) szybszy od Skandynawów w zaprezentowaniu „fitness walking with specially designed poles”, to nazwana później przez niego Exerstride Method Nordic Walking (EMNW) odwołuje się właśnie do marszu zgodnego z naszym naturalnym rytmem. „Jeśli umiesz chodzić, to bez trudu opanujesz technikę exerstriding” przekonuje Tom Rutlin, dodając, że jedyną różnicą jest zasięg rąk. - To jak gest podania ręki na przywitanie, tzw. handshape - instruuje Piotr Kowalski, a ja odsyłam zainteresowanych na naukę techniki chodzenia z kijami wg Rutlina na stronę http://www.nordicwalk.pl/ . Gdy już opanujemy tę sztukę, idealnie by było w marszu stosować kije skonstruowane przez Toma Rutlina, niestety, jeszcze ich u nas nie ma. Obserwując jednak determinację Piotra Kowalskiego, wierzę, że w przyszłym roku będziemy gościć w Polsce Toma Rutlina i jego exerstriding.
To ważne także dla chorych na Parkinsona, bo im szczególnie zaleca się nordic walking, podczas gdy używanie kijów ze słabym wytłumianiem wibracji (np. teleskopowych!) szkodzi. W Stanach już jakiś czas temu wzięto więc pod lupę technikę chodzenia oraz kije Toma Rutlina i wyniki okazały się pozytywne, a najnowsze badania kliniczne prowadzone przez Arizona University i Muhammad Ali Parkinson`s Institute mają być wkrótce upublicznione. Z przecieków wiadomo, że exerstriding zostawia w pokonanym polu nordic walking.
- Ameryka kontra Europa... – pomyślałam sceptycznie i zadzwoniłam do Braciszka, który od lat systematycznie uprawia nordic walking. I co usłyszałam? Że on od stycznia nie chodzi kijami!
- Odnowiły mi się bóle kręgosłupa, więc trafiłem do sławnego specjalisty, ten zbadał mnie i jak nie huknie: pan łazi z tymi kijami, zabraniam! I słowo po słowie wyciągnął ze mnie, że ja nie tyle chodziłem po lesie z kijami, co biegałem niczym chart... - westchnął Braciszek. Nie rozżala się jednak nad utraconą przyjemnością, bo bóle kręgosłupa minęły, jak ręką odjął. A może, jak kijem odjął?