Za tydzień o tej porze będę na Cabo da Roca. Przylądku, gdzie Europa na ostrzu skał postawiła honor obrony przed zachłannymi wodami Atlantyku najdalej wysuniętego na zachód kawałka lądu. Sprawdzę, „Czy tu się kończy świat? Czy drugą stronę ma?”, jak pyta Anna Maria Jopek. Słucham pięknej płyty „Sobremesa”, ale nastrój psują mi stosy leków, które z furią utykam w bagażu. Jak ocean rozpycha się u wybrzeży Półwyspu Iberyjskiego, tak Pan P. w mojej walizce. I w życiu.

REKLAMA
Bo mało brakowało, a nigdzie bym nie pojechała! Pół roku temu zabukowane bilety i noclegi, studiowanie map i przewodników, dziesiątki zdjęć z urokliwej mekki azulejos – Lizbony i jej okolic, zaplanowany koncert fado i degustacja owoców morza, a ja mam nie jechać? Prawdę mówiąc, bez żalu zrezygnowałabym tylko z tych morskich darów na talerzu, ale z wyjazdu... Nigdy! A jednak piątkowa wizyta u Doktora Nieustającej Pomocy postawiła podróż pod znakiem zapytania. Była bowiem inna, niż zwykle, gdyż nieoczekiwanie trafiłam przed oblicze pani Doktor, która o chorobie Parkinsona wie wszystko. - Pacjentka mnie nie słucha, nie przyjmuje takich dawek leków, jakie zalecam – usłyszała na wstępie specjalistka od Pana P. I zaczęło się...
Rzeczywiście, nie należę do entuzjastów łykania pigułek. Może dlatego, że jestem non stop na lekach od 1995 roku? Jak dziecko cieszę się z każdego odstawionego przez lekarzy medykamentu, ale równie emocjonalnie reaguję, gdy mi dokładają nową porcję. A odkąd, pięć lat temu, stanęłam twarzą w twarz z Panem P. moja apteczka pęcznieje z miesiąca na miesiąc! Buntuję się zatem, nie rezygnując jednak ze zdroworozsądkowego podejścia do sprawy. To ono przecież (nie wypisana recepta!) podpowiedziało mi wszystkie pozamedyczne sposoby walki z prześladowcą. W ciągu kilku lat zgromadziłam już niezły arsenał środków bojowych, które wprawdzie różny mają zasięg rażenia i czasem chybiają celu, ale sprawiają, że wróg ciągle nie może odtrąbić zwycięstwa. Bo nie macham białą flagą, tylko staję do pojedynków siłowych pedałując zawzięcie (w terenie czy na rowerku stacjonarnym), pływając pomimo nóg spętanych często lubieżnym uściskiem Pana P. i spacerując (uczę się wspominanej amerykańskiej odmiany nordic walking) z kijami. Wszystko w myśl zasady, że systematyczna aktywność fizyczna przedłuży moją sprawność. Równie ważna jednak wydaje mi się wojna psychologiczna, jaką wydałam chorobie Parkinsona. Że mam do niej zdrowy (sic!) dystans, że potrafię żartować z przypadłości, które wynikają ze współżycia z Panem P., że – w końcu – bezosobowe choróbsko zobrazowałam na kształt i podobieństwo obrzydliwego samca – tyrana, co ułatwia wyobrażenie sobie, iż te potyczki są niczym walka w imieniu uciśnionych kobiet.
Przesadzam? Może, ale nic to, bo naprawdę to przesadziłam w całkiem innej sprawie. Uczepiłam się bowiem myśli, że gdy z takim samozaparciem wyzywam ustawicznie Pana P. na ubitą ziemię, to medykamenty mogę sobie trochę odpuścić. No, że to jakby rodzaj nagrody za aktywną postawę w chorobie... Tymczasem tak to nie działa. A przynajmniej nie do końca. Wprawdzie zawezwana przez Doktora Nieustającej Pomocy pani specjalistka od Parkinsona przyznała, że jak na pięć lat zmagań z chorobą, to dawki leków mam minimalne, na co pewnie ma wpływ ta moja postawa, ale jednocześnie zaordynowała... pobyt w szpitalu. (Co się odwlecze, to nie uciecze – pomyślałam, bo miałam tam wylądować już latem, ale uratowały mnie dostawki na korytarzu) Najlepiej, jak najszybciej, bo trzeba mnie przebadać i ustawić leczenie (czytaj: zwiększyć ilość połykanych piguł). Ja do Lizbony, a oni mi tu ze szpitalem! Koniec końców stanęło na grudniu (w grudniu po południu?), ale rozpiskę lekową mam nową, tabletek więcej i narzucony reżim, którego obiecałam się trzymać.
Z trudem za to utrzymuję nerwy na wodzy w obliczu faktu, że samymi pedałami Pana P. nie odstraszę (najwyraźniej nie jest homofobem). Łykam tedy lekowe karniaki z pokorą, ale nie darowałam sobie pożalić się Doktorowi Nieustającej Pomocy na tę jawną niesprawiedliwość: ja walczę, a piguł i tak przybywa. A on? No, cóż – przyznał, że Pan P. jest wyjątkowym lekożercą i muszę się z tym pogodzić. Lecę więc do Portugalii z Tubylcem, Braciszkiem i jego Alil, ale też z gapowiczem Panem P. oraz pudłem jego karmy! Skoro tak, to obiecuję sobie solennie tak zapchać gębę stalkerowi, że odpuści trochę ze swej namolności. A ja będę zwiedzać wymarzoną Lizbonę... Nie byłabym jednak sobą bez planu B, który przewiduje dotykanie portugalskiej stolicy i jej przyległości po swojemu, czyli na miarę możliwości. Doświadczenia zdobyłam podczas wrześniowej wyprawy w góry, więc gdy poczuję, że Pan P. ułapił mnie jednak za nogi i ani myśli puścić, ze stoickim spokojem usiądę pod wzgórzem zwieńczonym zamkiem św. Jerzego i będę napawać się widokami. Nauczyłam się bowiem cieszyć z tego, co mam i pielęgnuję w sobie tę radość smakowania nowości, choćby małymi łyżeczkami. I tak zawsze pod powiekami wyniosę obrazy, których nikt mi nie odbierze. Nawet Pan P. A może uda mi się go zatrzasnąć w apteczce? Trzymajcie za mnie kciuki.