Autorytet w sprawie tanga – mój kolega Ambasador kampanii społeczno-edukacyjnej „Parkinson za zamkniętymi drzwiami” – Krzysztof Cugowski wprawdzie śpiewająco odpowiada, że „do tanga trzeba dwojga”, ale ma na myśli zdrowych tancerzy. A co z parkinsonikami? Czy tańcząc tworzą trójkąt z Panem P.? Czy, wręcz przeciwnie, wywijając na parkiecie odstręczają prześladowcę? Jak ja w rock`n`rollu.

REKLAMA
Tańczący parkinsonik? Ten, który potrzebuje kwadransa, żeby rano wstać z łóżka i kolejnych, by ruszyć do najprostszych codziennych czynności? Ten, któremu pod szurającymi nogami dystans do toalety urasta do maratońskiego? Ten, który – jeśli już uda mu się wyjść z domu – traci równowagę lub zastyga nagle w bezruchu budząc komentarze przechodniów? Ten sam! I ma taniec przepisany niejako na receptę, gdyż choreoterapia okazała się być jedną z coraz powszechniej stosowanych metod rehabilitacji pacjentów z chorobą Parkinsona.
Pojęcia o tym nie miałam, jak zresztą większego o samej chorobie, gdy półtora roku temu wydawałam Jedynaka za żonę, czyli Rozalkę. Jednak już wówczas Pan P. na tyle się spoufalił, iż z obawy, że ucapi mnie za nogi z góry wykluczyłam jakiekolwiek weselne tany. Na wszelki wypadek w ogóle odmówiłam uczestniczenia w „dżinsowej” odsłonie imprezy, gdzie hulanki przy dobrej muzyce były clou programu. Wszystko na nic, jako matka i teściowa musiałam się stawić i stanąć na wysokości zadania. Stawić się i stanąć, a nie wycinać hołubce okupując krąg taneczny do ostatniego gościa! Bo tak mniej więcej wyglądało moje dostojne uczestnictwo w nocnej części uroczystości.
- A gdzie był wtedy Pan P.? - pytałam ze zdziwieniem. Lotem błyskawicy przemknęło mi przez myśl, że może chwilowo odpuścił, ale powróci ze zdwojoną siłą i nazajutrz nie zwlokę się z łóżka...
Tymczasem zwlokłam się i nawet jakby żwawiej, niż zazwyczaj. Przetańczona noc najwyraźniej dobrze mi zrobiła, ale w natłoku wrażeń nie doszłam wtedy jeszcze do żadnych konkluzji. Jednak, gdy wyczyn ten powtórzyłam na weselu Krisa – po roku, w którym Pan P. na dobre rozpanoszył się w moim życiu, wiedziałam, że to nie może być przypadek. W swoim stylu ukułam nawet teorię, że z Pana P. taki tancerz, jak z koziej d... trąba i na czas hołubców wstydliwie zaszywa się gdzieś w kącie. Co na bardziej parlamentarny język przekładając, brzmiałoby mniej więcej tak: taniec może być swego rodzaju bronią w postępującej chorobie Parkinsona.
Powie ktoś, że to wyważanie otwartych drzwi, skoro choreoterapię wprowadza się z powodzeniem do rehabilitacji parkinsoników. Myślę jednak, że dla tegoż procesu rehabilitacyjnego nie bez znaczenia jest, gdy pacjent potrafi sam dobrze poznać możliwości swego ciała w chorobie i wie jaka forma aktywności może mu pomóc. Mnie, jak już się rozruszam, fantastycznie robi rock`n`roll, podczas gdy ostatnie doniesienia mówią o zbawiennym wpływie tanga. Tańczą go parkinsonicy w Halifaksie, gdzie chorych poddano eksperymentowi dzieląc na grupy, z których jedna przez 13 tygodni uprawiała ćwiczenia sportowe, a druga pobierała lekcje tanga. Taniec ten wybrano, bo wymaga poruszania się w bliskości partnera i kontroli postawy, a przy tym charakteryzuje się dynamicznym balansem. Wyniki badań porównawczych okazały się zaskakujące: grupa chorych tańczących osiągnęła widoczną poprawę w uruchomieniu ciała w stosunku do grupy uprawiającej tradycyjne ćwiczenia. Nic dziwnego więc, że kanadyjscy chorzy na Parkinsona tańczą teraz pod okiem fachowców również w Montrealu i w Toronto.
A przecież Kanadyjczycy też prochu nie wymyślili! Ich doświadczenia o zbawiennym wpływie tanga na parkinsoników wcześniej zostały potwierdzone przez naukowców z Washington University School of Medicine, a kierująca badaniami dr Gamman M. Earhart jest zdania, że w tańcu, niczym w pigułce, serwuje się pacjentom wszystkie istotne składowe ćwiczeń wymaganych w rehabilitacji chorych na Parkinsona. Co ciekawe, równolegle swoje doświadczenia w tej materii zdobywali medycy w Irlandii wykorzystując do terapii – a jakże! - taniec irlandzki oraz w Chinach, gdzie z kolei parkinsonicy ćwiczą... tai chi. Niech więc mój rock`n`roll nikogo nie dziwi, bardzo proszę!
Jeśli bowiem w tej sprawie coś powinno, jak we mnie, budzić zdziwienie, to ten nagły medialny szum wokół choreoterapii dla parkinsoników. Pomijając nawet fakt, że terapeutyczna rola muzyki (w tym również tańca) znana jest od wieków, próby usprawniania narządów ruchu chorych na Parkinsona za pomocą tańca też już mają swoją historię. Choćby tę opisaną w „Parkinson Magazine” z 1998 r., gdzie tancerka z Włoch wspomina o swym niezwykłym doświadczeniu z połowy lat 90., gdy jedno z rzymskich stowarzyszeń parkinsoników zwróciło się do niej z prośbą o lekcje tańca! Będąc profesjonalistką, tancerka obwiała się, że może pacjentom zaszkodzić nie wiedząc nic o chorobie Parkinsona. Poznała jednak ludzi, ich trudności z poruszaniem się i intuicyjnie – krok po kroku – wprowadziła ich na taneczny parkiet. A po dwóch latach ci niezwyczajni tancerze nie tylko doskonale poruszali się w rytm muzyki, ale znacznie lepiej chodzili i lepiej trzymali równowagę. Satysfakcja po obu stronach była więc ogromna!
Przyznam, że jako „Zosia Samosia”, czyli chora niezrzeszona nie bardzo wiem czy w Polsce stosuje się oficjalnie i powszechnie choreoterapię w walce z chorobą Parkinsona. Widziałam wprawdzie w sieci zaproszenia na tę formę terapii z 2-3 miast, wiem też, że tańczy się z powodzeniem na turnusach organizowanych w Dźwirzynie przez łódzkie Stowarzyszenie Osób z Chorobą Parkinsona i ich Rodzin „Słonik”. Jeśli chodzi o moje podwórko, znalazłam bronioną niedawno na Wydziale Nauk o Zdrowiu w Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika pracę licencjacką z fizjoterapii pt. „Choreoterapia jako metoda wspomagająca proces rehabilitacji pacjentów z chorobą Parkinsona”. Miejmy nadzieję, że nie utknie ona w annałach biblioteki naukowej. No i że przewiduje terapię rock`n`rollem!