Zgłosiłam „Wapiętnik” do konkursu na Blog Roku... Nigdy dotąd nie stawałam do podobnego współzawodnictwa, ale też nigdy przedtem nie pisałam bloga, ani nie miałam Facebooka. Czy dotknął mnie więc syndrom kuli śnieżnej? Nie wiem. Może to raczej próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, które spędza mi ostatnio sen z powiek: jak w blogosferze przebija się temat choroby Parkinsona?

REKLAMA
logo
blog roku pulpit

Niewprawna w stawaniu w (jakiekolwiek) konkursowe szranki już przy samym zgłoszeniu natrafiłam na spore kłopoty. Bo trudno mi było w wymaganych przez organizatorów 200 znakach opisać Wapiętnik, który powstał jako blog – pamiętnik odnotowujący codzienne zmagania parkinsonika z chorobą, ale pokazujący przecież, że i poza tym jest jakieś życie – bywa, że barwne i niekoniecznie znaczone cierpieniem. A to tylko jedna strona medalu, ta druga – bardzo istotna – to rola terapeutyczna pisania bloga, w którym próbuję oswoić chorobę łapiąc do niej dystans dzięki sięganiu po niezawodny oręż poczucia humoru i autoironii. W takim rozumieniu więc „Wapiętnik” to coś w rodzaju „plastra na rany”, nie tylko autorki jednak, bo od początku pisania towarzyszyła mi nadzieja, że moje próby przechytrzenia Pana P. i sposoby na walkę z chorobą mogą się przydać innym chorym. A jeśli nawet nie, to sama lektura bloga pozwoli uśmiechnąć się, choćby przez łzy. I jak o tym wszystkim napisać w przykazanych 200 znakach?
Kolejny problem to zgłoszenie bloga w jednej ze wskazanych konkursowych kategorii. Celne pod rygorem wykluczenia ze współzawodnictwa! Niby jest tych kategorii aż 10, ale życie już dawno przerosło kabaret, nie mówiąc o wszelkich ramach, w które na różne okazje chcemy je wtłoczyć. I „Wapiętnik” nie jest tu wyjątkiem, bo choć zgłosiłam go pod najbardziej pojemnym z haseł „Ja i moje życie”, to nadal mam wątpliwości, gdyż mój blog – szczególnie w drugiej odsłonie – równie dobrze mieści się w kategorii „Polityka, publicystyka i społeczeństwo”, nawet jeśli samej polityki jest w nim najmniej. Nosi natomiast wyraźne znamiona publicystyki od czasu przejścia „Wapiętnika” z Bloggera na platformę naTeamt. Wiąże się to z jednoczesną utratą intymnego charakteru pamiętnika, w którym miejsce odtrąbionych osobistych sukcesów na rowerze czy pływalni, gdzie ustawicznie walczę z lubieżnymi mackami Pana P. zajął m. in. ważki społecznie problem braku dostępu parkinsoników do terapii znanych i zatwierdzonych w Polsce, tudzież z powodzeniem stosowanych w leczeniu choroby Parkinsona na świecie.
Ma zatem „Wapiętnik” wspomniane dwie odsłony, które zaznaczyły się jeszcze nim zostałam ambasadorką ogólnopolskiej kampanii „Parkinson za zamkniętymi drzwiami”. Stało się to z chwilą, o czym już kiedyś pisałam, gdy lokalizację bloga ze spokojnego, ale mniej uczęszczanego zaułka, zmieniłam na ruchliwą arterię. Dolegliwość trudu odnalezienia się w nowym, hałaśliwym miejscu rekompensowało rozumowanie, że jak się chce coś sprzedać, lepiej to wystawić w witrynie na pryncypalnej ulicy. Ja miałam (i mam) do „sprzedania” nieco informacji i rad (z autopsji) w sprawie choroby, która rodakom kojarzy się jedynie z papieżem Polakiem. Dlatego stanęłam ze swoim „straganem” na platformie naTemat i tu dostrzegli mnie organizatorzy kampanii, w ramach której niosę ów kaganek z wiedzą o chorobie Parkinsona udzielając, jak choćby ostatnio, wywiadów dla lokalnego radia i za chwilę do gazety. Może nieco pochopnie zatem – pełna goryczy – skarżyłam się w ostatnim wpisie na to, że temat choroby mało kogo interesuje?
- Wiesz, że panie z towarzystwa rozprawiały dziś o pewnej blogerce? - jak zwykle nie bez sarkazmu zagaił kilka dni temu Kąśliwy. A że to było przez telefon, szybko oddał słuchawkę ślubnej Boskiej.
- Panie z towarzystwa gimnastycznego nie-Sokół – wyjaśniła mi ta ze śmiechem i jęła opowiadać o rozmowie, jakiej była świadkiem.
Po ćwiczeniach jedna z pań zwierzyła się drugiej: chyba zarzucę chodzenie na salsę i zapiszę się z mężem na tango, bo przeczytałam na blogu, że chorym na Parkinsona to pomaga. - I wiesz – kontynuowała – ta pani, co pisze jest z Bydgoszczy, też choruje, ale leczy się rock`n`rollem! - zakończyła wyraźnie podekscytowana, snując plany, jak to męża parkinsonika z tanga przeszmugluje potem na szybsze rytmy. Jej rozmówczyni w zdumieniu podniosła brwi, ale o adres bloga poprosiła...
Przytaczam tę rozmowę podsłuchaną przez Boską z dwóch przynajmniej powodów. Pierwszy to ten, który zdaje się zaprzeczać mojej małej wierze w zainteresowanie blogiem traktującym o chorobie. Bez bólu gotowam bić się w piersi, tym bardziej że podczas sobotniego balu, na który wyciągnął mnie Tubylec, przeżyłam kolejne miłe zaskoczenie. Podeszła do mnie dawna znajoma, mówiąc że gdyby z lektury bloga nie wiedzieli z mężem o mojej chorobie, nigdy by się nie domyślili, tak dobrze wyglądam... Miód na serce! I to w dwóch plastrach: na kobiecą próżność i na satysfakcję wątpiącej w sens pisania blogerki. Z balem wszakże wiąże się jeszcze jedna refleksja, która nawiedziła mnie już po rozmowie z Boską. Muszę bardzo uważać na to co piszę! Bo choć stwierdzenie o leczeniu parkinsonika rock`n`rollem, który uwielbiam, było z mojej strony lekkim „puszczeniem oka”, jak widać można to wziąć na serio. Tymczasem prawda jest taka, że gdy na wspomnianym balu poszalałam trochę w szybszych rytmach, nazajutrz Pan P. zemścił się okrutnie i zupełnie mnie unieruchomił. Czyżbym musiała rock`n`rolla pożegnać wraz z minionym „okresem miodowym” choroby? Na to wychodzi, więc pora znaleźć coś w zamian. Przecież się nie poddam!
Póki co wystartuję w konkursie na Bloga Roku. A że jury dostaje tam do wglądu efekt głosowania blogerów, to będzie test na pozycję Pana P. w internecie.