Parkinsonik też człowiek i nie samą chorobą żyje. Popolitykowałam więc sobie ostatnio na lokalną, a nawet międzynarodową nutę, nie zaniechałam jednak codziennej walki z Panem P. Wręcz przeciwnie, sięgnęłam po fachową pomoc w usprawnianiu sztywniejących w chorobie członków. W efekcie próbuję wyginać swoje ciało. Nieśmiało.

REKLAMA
Pamiętacie, jak podczas pobytu w szpitalu do pomocy w opędzaniu się od nachalnych umizgów Pana P. zaaplikowano mi... Amanta? Tak nazwałam lek, który dołączył do mojej pokaźnej apteczki. I nawet daje radę biedak, bo – jak na amanta przystało – działa głównie nocą, pozwalając je jako tako przespać. A i za dnia nogi, co to ciążyły mi niczym Kolumny Zygmunta, jakby starciły na wadze... Jednym słowem dobrze mi z Amantem, ale jak to w każdym związku – szczęściu trzeba pomóc.
Miałam nawet pomysł, w jaki sposób. W czasie wspomnianej hospitalizacji zauważyłam, że moje spętane przez Pana P. nogi dużo lepiej się sprawują już po kilkunastominutowej gimnastyce. Rzecz jasna, specjalistycznej, o co zadbała pani rehabilitantka. Pisałam już, że Tubylec okazał się jej pojętnym uczniem, kupił kozetkę lekarską i codziennie usprawnia moje kończyny na tyle, by chodzeniu nie towarzyszł ból. Sama też już wyedukowana, wiedziałam jednak, że po ćwiczeniach rozciągających czas na te specjalne dla parkinsoników, które mogłabym wykonywać samodzielnie. Pani rehabilitantka, zrazu niedostępna, widząc moją determinację, przystała na dwie prywatne lekcje. Ona mi pokaże, jak i co, a potem będę już ćwiczyła sama.
Łatwo powiedzieć! Wprawdzie początek wizyty pani rehabilitantki dobrze wróżył, gdyż nieoczekiwanie okazało się, że mamy wspólnego hopla na punkcie designu, wystroju wnętrz itp., ale potem już nie było tak miło. Może nie od razu, bo pani wykonując ćwiczenia rozciągające, pochwaliła mnie (tu brawa dla Tubylca!) za dobrą robotę. Usatysfakcjonowana, by nie rzec dumna z siebie, przystąpiłam pod fachowym okiem do nauki nowych ćwiczeń. Każdemu zdrowemu człowiekowi wydadzą się one najprostsze z prostych, ba nawet mnie tak się przez moment wydawało. Tymczasem rzeczywistość okazała się brutalna. - To jest na granicy niedowładu! – dotarł do mnie bezlitosny komentarz rehabilitantki w sprawie mięśni ud. Zabrzmiało jak wyrok... No bo, jak to być może, że ja nie jestem w stanie – siedząc na krześle – podnieść nogi wyprostowanej w kolanie?! Niedowierzając, próbowałam raz i drugi – z takim samym efektem. Żarty się skończyły.
Spuszczę zasłonę milczenia na histerię, w jaką wpadłam na to dictum. Pozbierawszy się do kupy zaczęłam jednak analizować zachowanie tych moich nieszczęśnych nóg, które tak ulubił sobie nikczemny Pan P. Co prawda, jak wspominałam, musiał się lubieżnik cofnąć o krok w pojedynku z Amantem, ale to małe zwycięstwo dotyczy (strasznie trudno to wytłumaczyć) ciężkości kończyn, nie zaś bólu towarzyszącemu stawianiu każdego kroku. Pół biedy, gdy stawiam go na płaskim podłożu, ale pokonywanie schodów to horror! Wiedział, co mówi Doktor Nieustającej Pomocy sugerując zmianę mieszkania na jednopoziomowe, gdy tylko upewnił się, że już do końca życia będzie mnie molestował Pan P... Teraz idąc do domu muszę pokonać raptem jedno piętro, a i tak jest to dokładnie o jedno za dużo! A`propos schodów, to dopadła mnie ostatnio taka smutna refleksja: kiedy 1,5 roku temu Tubylec leżał w szpitalu na II piętrze, odwiedzając go codziennie NIGDY nie skorzystałam z windy, a teraz, gdy był na tym samym oddziale, ZAWSZE jeździłam windą na II piętro! I niech mi nikt nie mówi, że „latka lecą, człowiek się starzeje...” i tym podobnych dyrdymałów. Przecież wiem, że nie młodnieję, ale to nie wiek sprawia, że idąc (coraz rzadziej) ulicą boję się (dosłownie) każdego wyższego krawężnika!
Czy można się zatem dziwić, że rzucam się na każdą możliwość poprawienia tej sytuacji? To ta determinacja, jak wspominałam, przekonała do mnie panią rehabilitantkę, która zresztą przychodziła dłużej, niż planowałyśmy. Nie za długo jednak, bo godzina takiej specjalistycznej rehabilitacji to jednak 80 zł, co dla emerytki jest sporym wydatkiem. Inna rzecz, że to były dobrze wydane pieniądze, bo po gimnastyce chodzi mi się nieco lżej. Jest jednak dla mnie tajemnicą, dlaczego efekty ćwiczeń są tak krótkotrwałe? Jakbym codziennie wszystko zaczynała od nowa... Kolejne pytanie powstało wczoraj po godzinnej przejażdżce na rowerze. Po powrocie, gdy stanęłam przed domem wyraźnie czułam zmęczenie mięśni nóg, tymczasem po schodach weszłam lekko i bezboleśnie. Czy ktoś może mi to wytłumaczyć? Naprawdę będę wdzięczna, tym bardziej że następnego dnia czar prysł i – no właśnie – wszystko zaczęło się od nowa!
Trochę to dołujące, ale nie mam wyjścia i też zaczynam ćwiczyć od nowa. Kończę zatem pisać, bo dziś robiłam tylko gimnastykę rozciągającą i ta „krzesełkowa” jeszcze czeka na swoją kolej. Aha, no i rano byłam na pływalni. Niestety, między legendy muszę już włożyć te swoje 40 długości basenów, z których byłam taka dumna! Pani rehabilitantka przyjęła tę wiadomość ze zgrozą, tłumacząc mi cierpliwie, że w moim stanie (chorobowym) ruch – czy to podczas ćwiczeń, czy na basenie lub na rowerze – jest wskazany, ale lajtowy i tylko lajtowy.Targowałam się, jak mogłam, ale sporny kilometr odpuściłam i stanęło na 30 długościach plus gimnastyka w wodzie. Dobre i to, a – prawdę mówiąc – nawet przyjemniejsze. To nie bez znaczenia, gdy codziennie stajesz na ringu z Panem P.