Podobno w Polsce stoi niemal 700 pomników Jana Pawła II. To do czasu kanonizacji, bo Świętemu dumni rodacy na pewno wzniosą drugie tyle. A i tak już są to setki milionów zakutych nawet nie w spiż, raczej utopionych w żywicy. Podczas gdy na sfinansowanie infuzyjnej terapii dla 200 pacjentów z zaawansowaną chorobą Parkinsona Polska nie może wysupłać rocznie 30 milionów złotych. Jak myślicie, którą z form uczczenia papieża Polaka wolałby on sam: kolejny pomnik czy pomoc cierpiącym na chorobę, której okrutne skutki znał jak nikt?
REKLAMA
Kanonizacja Jana Pawła II tuż, tuż. Ale już od dawna wszystkie media prześcigają się w dziennikarskim dopieszczaniu Karola Wojtyły. Jednak, żeby dwa wiodące tygodniki opinii jednocześnie napisały o pomnikach papieża?! Jestem po śwątecznej lekturze obu artykułów: tego z „Polityki” i tego z „Newsweeka”, ale nie żałuję, bo dały mi do myślenia...
Niby wiedziałam, że pomnikomania to jedna z cech wyróżniających nas, Polaków. Jest zresztą fragmentem większej całości, mieści się bowiem w szczególnie hołubinym zbiorze wszelakich bogoojczyźnianych zrywów, patriotycznych haseł i romantycznych gestów. Jesteśmy niezastąpieni w utrwalaniu tak pojętej pamięci historycznej i ta wyjątkowość, jak chce wielu, czyni nas „narodem wybranym”. Gdy jednak zejść trochę z wysokiego diapazonu, zaraz pojawia się myśl odarta z patosu, że łatwiej postawić pomnik, niż dom opieki, który oprócz poklasku dla gestu inicjacji wymaga prozaicznego zaangażowania. Ale na odpędzenie uwierających sumienie wyrzutów mamy wypróbowany patent: postawić pomnik największy na świecie. Jak ten w Częstochowie, gdzie Jan Paweł II wystrzelił w górę, jak czytam w „Newsweeku”, na 14 metrów! To wprawdzie więcej, niż dotychczasowy lider w konkurencji – 12-metrowy papież w Chile, ale gdzie mu do świebodzińskiego Chrystusa. Ten to jest naprawdę gigantyczny i, co oczywiste, najwyższy na świecie.
No więc, niby wiedziałam o pomnikomanii, jednak jej „papieskie” rozmiary mnie zaskoczyły. Że aż tyle tych pomników, że większość z nich to szkaradki, że to samonapędzający się biznes... Dobry biznes, bo pomnikomania jest kosztowna! Jeśli nawet lwia część tych pomników nie jest ze spiżu czy choćby z brązu, tylko z udających te szlachetne materiały żywic syntetycznych, to i tak pochłonęły one sporo kasy. Z artykułu w „Polityce” dowiaduję się, że uhonorowanie Jana Pawła II w Suwałkach kosztowało 1,2 mln, bo przecież nie wypadało Największego z Polaków postawić na cokole pośród niezagospodarowanej przestrzeni. No to zwolennicy pomnika zagospodarowali tę przestrzeń i ponad milion z kasy miejskiej, gdyż plon zbiórki wśród mieszkańców nie powalał na kolana. Pewnie nie można suwalskiego przykładu mnożyć przez te 600 – 700 papieskich pomników, bo są one jednak różne i różnie kosztowały. Ale w sumie to wydatek idący w setki milionów. Tylko czyj wydatek: Kościoła? Wiernych? Państwa? Jakoś nie mam wątpliwości...
Towarzyszą mi one za to, gdy obserwuję trwające już ponad rok zabiegi Ministerstwa Zdrowia w sprawie refundacji jednej z infuzyjnych terapii w zaawansowanej chorobie Parkinsona. Bo nie wiem czy to zabiegi jedynie deklarowane, czy rzeczywiste. Jeśli bowiem rzeczywiście trwają rozmowy z producentem leku, trudno uwierzyć, że rozbijają się o kwotę 30 mln złotych! Tyle bowiem musiano by wyasygnować rocznie z budżetu na lecznie 200 pacjentów, czyniąc dwa założenia. Po pierwsze, że tylu parkinsoników aktualnie potrzebuje terapii infuzyjnych, bo ich choroba nie poddaje się już leczeniu farmakologicznemu, a oni sami nie kwalifikują się do refundowanej metody DBS, czyli wszczepienia elektrod do mózgu. Po drugie, że roczny koszt poddawania pacjenta z zaawansowaną chorobą Parkinsona terapii infuzyjnej to około 150 tys. złotych. Warto przy tym podkreślić, że podawanie parkinsonikom leków metodą infuzji podskórnej i dojelitowej jest stosowane na całym świecie i przynosi spektakularne efekty. O czym podczas niedawnej konferencji z okazji Światowego Dnia Chorych na Chorobę Parkinsona po raz kolejny przypomnieli ministerialnym urzędnikom lekarze bedący krajowymi autorytetami w tej dziedzinie. Chorzy natomiast o swoich potrzebach napisali w liście otwartym, który skierowali do „wszystkich świętych”, bo i do prezydenta, i do premiera, o ministrze zdrowia nie wspominając.
Pisali na Berdyczów (czytaj: w próżnię)? Obawiam się, że tak, ale będę szczęśliwa mogąc „odszczekać” to na blogu! Póki co pełna jestem niewiary, że ci wierzący (bo małe jest prawdopodobieństwo, że należą do ok. 5% niewierzących) decydenci zechcą w tak mało efektowny sposób uczcić kanonizację papieża Polaka. Wszak lepszy pomnik (a jeszcze lepsza świątynia!), pamiątkowa tablica, wystawa, no i koniecznie uchwała Sejmu RP. Wprawdzie przez aklamację trudno ją przepchnąć, ale naród widzi, że jego wybrańcy się starają! A taka refundacja leku dla wąskiej grupy chorych przejdzie niezauważona, no i kosztuje, a budżet nie jest z gumy – już słyszę żelazny argument. Ano z gumy nie jest, za to na pewno nadszarpnięty przez papieską pomnikomanię. To niechby zmieścił się w niej i ten szczególny pomnik dla papieża – parkinsonika!
Że to demagogia, granie na wyjątkowo cienkiej nucie? Zależy, jak na to patrzeć. Z mojego punktu widzenia to tylko zestawienie prostych faktów; racja, że nieprzypadkowe. Bo choroba nie wybiera i dopadła również polskiego namiestnika na Stolicy Piotrowej. A Karol Wojtyła całym swoim życiem dał dowód, że od stawiania go na piedestale woli „żywe pomniki”, które służą ludziom. Ja zaś nie widzę powodów, by – obok sierocińców, domów opieki czy hospicjów noszących imię Jana Pawła II – nie mogła to być refundacja nowoczesnych terapii dla zaawansowanego stadium choroby Parkinsona.
