Magda Prokopowicz nie żyje. Siedzę i tępo wpatruję się w jej zdjęcie.
REKLAMA
Jestem zdrowa, jeszcze. Ale wiem, że to mój los, geny choroby pulsują pod moją skórą. Regularnie się badam, noszę różową bransoletkę z gumy. Czasem, ludzie pytają, co to i po co. Zwłaszcza gdy jestem ubrana całkiem elegancko, a gumowa bransoletka błyska z daleka dyskretnym, ale widzialnym różem. Tłumaczę im wtedy. Że geny choroby tkwią w miąższu moich piersi. A Ty? Kiedy się badałaś, pytam. Taka prywatna ewangelizacja. Ja badam się profilaktycznie, co dwa lata. Cały czas wyłażą jakieś gruczolakowłókniaki, które trzeba kłuć i badać pod kątem prawidłowości ich komórek. Mam piersi w cętki od oligobiopsji. Co z tego?
To dlatego, że to mam i że straciłam najważniejsze osoby w moim życiu z powodu raka, tak strasznie kopnęła mnie śmierć Magdy. Wprawiła w osłupienie, całkowite. Wytrąciła z równowagi. Kiedy mój los się dopełni, będę taka jak ona: w kolorowych ciuchach, wymyślnych perukach, bez cierpiętniczego wyrazu twarzy, bez motywu mortis wdrukowanego w gębę. Bo ona była dzielna. Niezłomna, silna, kobieca – może nawet bardziej niż przed chorobą. W końcu to estrogenozależny nowotwór, typowo kobiecy. W tekstach pisała, że rak to nie wyrok. Zależy, czasem się nim okazuje. Ale liczy się to, co się zrobi przed jego wykonaniem. Ona zrobiła dużo, ile mogła. Właściwie wszystko, co mogła. I wiele więcej. Nie rzucę tu oklepanym „cześć Magda”. „Zamiast,” po raz kolejny obejrzę stronę fundacji, bo w chwili obecnej liczyć się powinno właśnie to, co po Magdzie zostało.
