Wybrańcy narodu polskiego znowu stanęli na wysokości zadania, odrzucając wszystkie projekty dotyczące związków partnerskich: nawet najbardziej konserwatywny, autorstwa PO. Od początku znałam wynik tego głosowania. Nie miałam wręcz wątpliwości, że taki będzie, choć jestem zwykłym obywatelem, o przeciętnej inteligencji. Niestety, jako wioskowy głupek, mam mnóstwo pytań i wątpliwości.
REKLAMA
Frapuje mnie powód, dla którego poszczególne kluby parlamentarne w ogóle podejmują pracę nad tego typu regulacjami, marnując swój czas i nerwy obywateli, dla których to ważne. Pytanie szczególnie istotne w kontekście Platformy Obywatelskiej, która na okoliczność debaty o związkach partnerskich przygotowała swój autorski, najbardziej konserwatywny projekt, który i tak przepadł. Czy członkowie tego ugrupowania nie rozmawiali ze sobą na ten temat? Nie wymieniali poglądów? Nie mówili od razu, że w części będą przeciwko, przez co projekt i tak upadnie, więc nie ma sensu nad nim pracować? Po co psuli tony papieru, poświęcali czas pracy na coś, co od samego początku skazane było na przegraną? Przecież dzisiejsze głosowanie związane było zaledwie z ewentualnym dopuszczeniem projektów do dalszych prac, W jakim celu wiodąca partia przeprowadza głosowania nad własnymi projektami, które już na tym etapie odpadają? Jaka to gra strategiczna? Chodzi może o to, żeby pokazać domniemany liberalizm światopoglądowy? Czy o tę płomienną mowę chorego premiera, który przed głosowaniem heroicznie próbuje „przekonać” swoich partyjnych kolegów i koleżanki do głosowania zgodnie z założeniami programowymi partii, której są członkami? Przecież to absurd!
To nie pierwszy raz, kiedy Platforma skorzystała z tego schematu. Tak samo było jesienią, przy ustawie dot. aborcji: na sali plenarnej partia „podzieliła się,” premier liberalnie i po ojcowsku „zjechał” skrzydło konserwatywne, które poparło projekt partii... opozycyjnej! Konia z rzędem temu, kto racjonalnie wytłumaczy mi tę sytuację.
Na zimno analizując wspomniane głosowania, doszłam do smutnego wniosku, że powyższe projekty „banowane są” z premedytacją, bo ich „zawieszenie w próżni” jest po niezbędne dla interesów samych polityków. Scena polityczna potrzebuje tematów zastępczych, na wypadek ujawnienia kolejnych taśm, przekrętów, skandali. Zarówno problem nieszczęsnej aborcji jak i związków partnerskich znowu będzie można w odpowiednim momencie wyciągnąć, by medialnie zasłonić nowe afery, których – jestem tego pewna – nie zabraknie. Tematy te, rozpalające opinię publiczną do czerwoności, pozwalają kosztem obywateli budować wizerunek poszczególnych polityków i całych partii. Smutne to bardzo, bo naród nie wybiera swoich reprezentantów po to, żeby na nich patrzeć.
Na zimno analizując wspomniane głosowania, doszłam do smutnego wniosku, że powyższe projekty „banowane są” z premedytacją, bo ich „zawieszenie w próżni” jest po niezbędne dla interesów samych polityków. Scena polityczna potrzebuje tematów zastępczych, na wypadek ujawnienia kolejnych taśm, przekrętów, skandali. Zarówno problem nieszczęsnej aborcji jak i związków partnerskich znowu będzie można w odpowiednim momencie wyciągnąć, by medialnie zasłonić nowe afery, których – jestem tego pewna – nie zabraknie. Tematy te, rozpalające opinię publiczną do czerwoności, pozwalają kosztem obywateli budować wizerunek poszczególnych polityków i całych partii. Smutne to bardzo, bo naród nie wybiera swoich reprezentantów po to, żeby na nich patrzeć.
Tymczasem, dziś mamy dzień, jak każdy. Politycy nie stanęli na wysokości zadania. Ich działania okazały się miałkie, skuteczność żadna, tak samo autorytet. I żadnemu z nich, nie przeszkadza to w przyznaniu sobie samym horrendalnych premii „za dobrą pracę” (!), czerpanych z kieszeni obywateli, także tych lekceważonych, którym odmawia się jakichkolwiek praw: homoseksualistów, żyjących w związkach "nieślubnych", kobiet w niechcianej ciąży.
Szanowni Posłowie i Posłanki, od siebie mogę Wam tylko podziękować: po raz kolejny utwierdziliście mnie w słuszności postawy, jaką prezentuję za każdym razem, gdy wchodzę za parawan z kartą głosowania. Oddany w trakcie święta demokracji, nieważny głos – będący odmową udziału w Waszym niskich lotów spektaklu, brak wykupionego biletu wstępu pozwala mi dziś patrzeć w lustro z podniesioną głową, bez wstydu i poczucia winy. Po dzisiejszym wodewilu wiem, że mój nie-głos w trakcie wyborów jest jedyną dostępną mi alternatywą dla uczciwego respektowania zasad demokracji i dlatego nie ulegnie on zmianie. Chyba, że zmienicie się Wy: wtedy może nawet te kontrowersyjne premie okażą się uzasadnione.
