google.com

Czwartek, święto kościelne. Wolne. 12:00 w południe. Moje sześcioletnie dziecko nagle robi się blade jak koperta. Pada na ziemię nim zdążę zareagować. Szybka ocena sytuacji, wzywam pogotowie. Najpierw opowieść pod nr 112 co się stało, po połączeniu z pogotowiem opowiadam co się stało kolejny raz (?!). W między czasie układam syna możliwie w pozycji bezpiecznej, nakładam pulsoksymetr, mierzę ciśnienie i glukozę we krwi. Wraca. Karetka w drodze. Czas dojazdu 15 minut. W wywiadzie u syna wada serca od urodzenia. Informuję o wszystkim załogę karetki czyli pielęgniarkę i ratownika. Decyzja o zabraniu do szpitala.

REKLAMA
I tak zaczyna się ta opowieść. Niestety, nie są to "fakty autentyczne", a horror sprzed kilku dni, które było mi przeżyć na własnej skórze. Dziecka w to nie mieszajmy, bo na szczęście pozostaje nieświadome sytuacji w jakiej się znalazło.
No więc co dalej? Dalej jest szpital. I wszędobylski COVID. Wywiad, wymaz. Wynik negatywny. Wenflon. Badanie krwi. Uwaga będę wymieniać jakie! Morfologia, CRP, elektrolity, kreatynina. Szkoda, że nie mogę dopłacić do tej żenującej listy, bo wrzuciłabym enzymy sercowe, mamy przecież wadę serca w wywiadzie. Czekamy. Jestem przekonana, że po zasłabnięciu zrobią Małemu EKG, konsultacja kardiologiczna, może neurologiczna? To się nazywa myślenie życzeniowe! Ani EKG ani nic więcej, powtórka badań z krwi rano i cytuję: "W stanie ogólnym dobrym wypisany do domu". Ok. Rozumiem. Ale dalszej części już nie..
Jak Pani chce sobie diagnostykę zrobić to są wskazania do EKG, nawet do echo serca, ale musi sobie już Pani te badania zrobić prywatnie. Że co? Ale że jak? Że moje dziecko, po zasłabnięciu, będąc przez dobę na oddziale nie otrzyma badania EKG? No nie. Dlaczego? Bo nie ma wskazań. Jak to nie ma wskazań? Wada serca, zasłabnięcie? Wcześniejsza infekcja w wywiadzie i nie ma wskazań? Są, ale do badania prywatnego a nie szpitalnego...
I bądź mądra! Chory system nie widzi wskazań do EKG. Ale do prywaty widzi. Ja mam w takim razie pewne refleksje. Państwo pozwolą, że się nimi podzielę.
Pierwsza refleksja jest taka, że wskazania były, bo nie trzeba być idiotą by wiedzieć, że po zasłabnięciu EKG wykonać się powinno (pytałam lekarza pracującego w SOR, rozmawiałam też z ratownikami, oba przykłady są zaskoczone postępowaniem szpitalnym u mojego syna).
Druga refleksja jest taka, że żulowi, który pieprznął się w główkę, nawet TK się należy (tomograf komputerowy) i nikt nie kwestionuje tego, że taki żul ubezpieczony nie jest.
Trzecia kwestia, prowadząc działalność gospodarczą i spółkę, płącę miesięcznie do pieprzonego ZUS-u, uwaga, przeszło 3000 złotych (słownie: trzy tysiące), a mojemu dziecku żal wykonać EKG, którego koszt to jakieś 20 złotych? Rozumiem, że w takim razie tacy jak ja czy Ty Czytelniku, czyli opłacający składkę sponsorują żulowi tomograf, ale jak nam albo naszym bliskim coś się wydarzy, to pula się kończy i trzeba prywatnie?
Chory Fundusz, chore zasady, horror. Kiedy poinformowałam Obserwujących na instagramie o tym, co nam się przydarzyło, posypała się lawina opowieści, czołowych zderzeń z Państwowym Systemem Opieki Zdrowotnej. Nie ma przecież dnia, by ktoś gdzieś nie umarł z powodu zaniedbania, karetka nie dojechała, "był w szpitalu, wypisano go, ale umarł pod szpitalem".
Zadałam pytanie jaki system Ochrony Zdrowia powinien obowiązywać w Polsce. 70% ankietowanych odpowiada, że prywatny. Pojawiają się propozycje dotyczące rozwiązań min. możliwość odliczenia wydatków na prywatną diagnostykę od podatku, czy składek na ubezpieczenie zdrowotne. Też rozsądne. Kolejna ankieta i 85% odpowiadających w ogóle nie korzysta z NFZ ale składki płaci! Jestem ciekawa ilu z Was czytelników korzysta z NFZ? Nie mam na myśli ratowania życia, bo łapę na Ratownictwie Medycznym już położono i próbowano upaństwowić. Mam na myśli wizytę u specjalisty dajmy na to neurologa. Czas oczekiwania? Dwa lata? Pięć?
ZUS to dla mnie piramida finansowa gorsza od Amber Gold. Tu podobno część osób odzyska stracone pieniądze. A my? Płatnicy ubezpieczeń zdrowotnych? Odarci z godności, walczący o badania czy wizyty u specjalistów nie otrzymamy niczego. NICZEGO. Bo nawet nasze emerytury będą niewspółmierne do wpłaconych środków. Tylko daj, daj, daj.
Co mi (nam) pozostaje? Pomysłów jest kilka, a pewnie kolejne kilkanaście pojawi się od Was, w końcu to my Polacy potrafimy kombinować jak nikt inny i nie piszę tego w sensie negatywnym, a pozytywnym.
No więc mogę zamknąć działalność i spółkę, zwolnić ludzi i zatrudnić się na pełny etat u męża. Mogę w ogóle nigdzie się nie zatrudniać i np. płacić składkę na samo dobrowolne ubezpieczenie zdrowotne do NFZ (uśmiecham się na samą myśl) w wysokości 500 złotych z groszem (stan na dziś). I co ja w tym ubezpieczeniu mam? Nico.
Dla porównania, za 450 zł miesięcznie, w dużej prywatnej sieci medycznej, moja cała rodzina (czyli mąż, ja i syn) otrzymujemy nieograniczony dostęp do badań i specjalistów. Czas oczekiwania na wizytę u wspomnianego neurologa to dwa dni. Pojawia się też wątek prywatnej karetki, ale póki co nie udało mi się ustalić z którym szpitalem firma ma podpisaną umowę.
Wspaniale prawda? Mogę spółkę otworzyć poza granicami kraju. Co jeszcze mogę? Mogę płacić ZUS, siedzieć cicho i tak jak do tej pory, korzystać z prywatnej Opieki Zdrowotnej. Syn ma umówioną diagnostykę w środę (EKG i echo serca, prywatnie). Pozostaje pod opieką pediatry od urodzenia (też prywatnie). To pediatra zdiagnozowała wadę serca. Nie zespół który podczas cięcia cesarskiego "wydobywał" dziecko...
I tak to wszystko mogę, ale nie mogę dłużej godzić się na to, co nam funduje Narodowy Fundusz Zagłady. Przez sześć lat prowadzenia prywatnej Kliniki, 95% naszych Pacjentów było ofiarami i "odpadami" NFZ. Za to też spotkała mnie kara, ale to przy kolejnej okazji. 95% Pacjentów źle zdiagnozowanych, źle zaopiekowanych, czy wręcz olanych. Spuszczonych w kiblu przez swoich POZ (lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej), którzy mają nierzadko pod opieką tysiące Pacjentów. Zatem, albo kombinujemy, albo płacimy podwójnie, albo jesteśmy w czarnej dupie. Na łasce NFZ, POZ czy systemu ratownictwa medycznego.
Pytanie pozostawię otwarte, czy nic z tym nie możemy zrobić? Czy obowiązkowe ubezpieczenie ma sens? Czy może czas i pora pomyśleć o mieszanym systemie? O zwolnieniach od podatku dotyczących poniesionych kosztów na prywatną opiekę? O prywatyzacji nawet nie wspominam, bo wydaje się ona tak nierealna, jak to, że w tym kraju będzie kiedyś normalnie. Po ludzku. Dla ludzi. Nie przeciwko nim. Macie jakieś pomysły?