
Nie wiem, dlaczego mówimy na Francuzów żabojady. Może i mają w restauracjach żaby, choć przyznam, że rzadko je widuję w menu. Myślę, że bardziej prawdziwe jest, czekoladojady. Bowiem to czekolada jest tutaj niekwestionowaną królową.
REKLAMA
Przy każdej, nawet małej uliczce musi znajdować się przynajmniej jeden sklepik z czekoladą. Przyciąga uwagę oryginalną, czasami wręcz artystyczną wystawą z czekoladkami w roli głównej. Sztuka obok sztuki, leżą brązowe i kolorowe praliny, w czekoladzie gorzkiej i mlecznej, wysadzane orzechami i kandyzowanymi owocami, podawane szczypcami lub w rękawiczce. Misternie pakowane w folię, a na końcu włożone do eleganckiej torebki. Cena za takie cacka jest niebotyczna! Ale Francuzi uwielbiają czekoladki i nie odmawiają sobie tej przyjemności.
Paryżanie raz w roku chętnie uczestniczą w Salon du Chocolat, czyli po prostu targach czekolady. Czy wystarczy, jeśli napiszę, że z czekolady było wszystko? No dobra, i tak nie wpadniecie na to, że z czekolady można zrobić gigantyczny samolot, buty, torebki, ubrania z haute couture, szminki, cygara i zegarki. Johnny Hallyday, nieustająco od 50 lat francuski idol rockowy, znalazłby tu swoje zdjęcie, a obok niego czekoladową kopię swojej gitary. Wystarczyłoby tylko, żeby przeszedł obok czekoladowego Łuku Triumfalnego, i już ją ma. Polski hydraulik, gdyby chciał coś na szybko naprawić w toalecie lub kran w kuchni wymienić, mógłby kupić czekoladowy zestaw narzędzi. Śrubokręt z czekolady, klucz francuski, obcęgi i kilka innych, których nazw nie znam. Leżały na półce tuż za czekoladową łąką kwiatów i bukietów. Czy będąc dziećmi nie marzyliście o takiej łące? Można było na niej zjeść dosłownie wszystko; liście, łodygi i płatki. Raj na ziemi!
Idźmy dalej, czekoladowe książki! Och, to by się nam Polakom, nieczytającym prawie wcale, bardzo przydało. Siadamy sobie w bibliotece, obok czekoladowego globusa, i po prostu pożeramy książki. Jedna za drugą. A jak to się znudzi to można połknąć cały świat! No, nie na jeden raz, ale tak w kawałkach…
Kto nie przepada za słodyczami mógł kupić kiełbasę. Też czekoladową. Nie, to już jest prawie perwersyjne. Małe kiełbaski czekoladowe, nazywają się „Chocisson” od francuskiego słowa kiełbasa „saucisson”. Do kiełbasy wiadomo, na dobre trawienie przydałby się jakiś alkohol. Proszę bardzo, były piwa czekoladowe, likiery i wina. Na deser Grand Marnier do polania naleśników. A jakże, z czekoladą!
Czekoladowe szaleństwo. Całe piętro oszałamiających wystrojem stoisk, przy których domek Jasia i Małgosi mógłby wydawać się szałasem. W tej rzece ludzi płynęłam od stoiska do stoiska, już nawet nie miałam siły, żeby podnieść rękę do tacy z czekoladkami do degustacji. Oczy jadły, żołądek już nie mógł. Czułam, że jak zaraz nie napiję się gorzkiej kawy to umrę. Amatorów małej czarnej było jeszcze więcej. Trzeba było szukać pomocy na zewnątrz! Prawie wybiegając z budynku odkryłam istnienie jeszcze jednego piętra, nie czekoladowego tym razem. Przebiegłam obok stoisk z nugatami we wszystkich smakach i kolorach. W kształcie sera szwajcarskiego i camemberta.
Widziałam stosy makaronów, konfitur i bez. Mogłam się też zapisać na kurs cukiernictwa, kupić biżuterię z cukierków, czy z MasterChefem upiec ciastka na scenie. To wyjście mogło też zakończyć się zakupem gigantycznego obrazu pod niebanalnym tytułem „Kolorowy stos z makaronów”.
Na szczęście ze słodyczy to ja lubię… schabowe. Najbardziej. I flaczki. Tak po polsku!
Wcześniejsze posty autorki na blogu calymojparyz.blogspot
