
„Ojcowie” rozpoczęli się jako pełen milczenia i oczekiwania spektakl w stylu Becketowskim, zakończyli zaś jako dosyć wartka absurdalna historia podróżnicza. Gwałtowne zwroty akcji, przechodzenie od jednej konwencji do innej, a także metateatralne aluzje pozwoliły widzom utrzymać uwagę, chwilami zaś nieźle się bawić.
REKLAMA
Nie szliśmy z Elą na spektakl w zbiorowej reżyserii czworga aktorów z jakimiś określonymi oczekiwaniami. Owszem, spodziewaliśmy się, że może być awangardowo, bo przecież scena w zaadaptowanym pomieszczeniu z państwowej hurtowni warzyw, którą mgliście pamiętam z dzieciństwa, nie zapowiadała ciężkich kandelabrów, złoconych stiuków czy choćby foteli z oparciami na ramiona. Rzeczywiście, surowa sceneria ocieplona uśmiechem uroczej pani Kai, jednej z organizatorek, sugerowała, iż rzecz cała będzie spoczywać na aktorach. Jak sądzę z dzisiejszej perspektywy, można było nawet przewidzieć, że aktorzy będą się ruszać, by wypełnić przestrzeń władną pomieścić chór, motocykl, a nawet wiele drzwi grających zazwyczaj w farsach. Ale że nie była to farsa, głównymi rekwizytami były krzesła i czajnik. Ten ostatni zresztą nabrał aury samowara, gdy Czechowowskie cytaty uruchomiły skojarzenia.
Początkowo ruch i milkliwość dwóch aktorów ilustrowały narrację na żywo, której treścią była praca nad spektaklem. Teatr w teatrze to temat często eksploatowany na scenicznych deskach, już to z próżności i narcyzmu komediantów, już to z powodu nadznajomości rzeczy przez twórców fabuły. W tym przypadku ironia, groteskowe rysowanie postaci reżysera, aktora, dramaturga i choreografa, a także absurdalne przedstawianie motywów i mechanizmów, kierujących pracą ludzi teatru – wszystko to pozwoliło śmiać się lub uśmiechać także laikom, profanom i pozerom. Niektórzy śmiali się częściej i głośniej, co wynikało zapewne z większego zrozumienia kontekstu. Gdybym wiedział, czy minister zdrowia rzeczywiście miał coś wspólnego z dotacjami, może wstrząsnęłoby mną jakieś drugie dno, a tak – bawiłem się tylko fasadą i klimatem – dosyć zresztą zmiennym – tekstu.
Aktorzy zaprezentowali się godnie: zarówno bardziej ekspresywny Maciej Prusak, jak i bardziej wstrzemięźliwy Piotr Łukaszczyk, stanęli na wysokości zadania – byli zgrani i komunikatywni. Muzyki (Patrycja Hefczyńska), zróżnicowanej, jak sama fabuła, słuchało się dobrze, podobnie jak przyjemnego, głębokiego głosu narratora (Tomasz Maśląkowski). Aż szkoda, że niekiedy inne sceniczne hałasy nie pozwalały dosłyszeć końcówek niektórych kwestii. Nie było to źródłem jakiejś wielkiej frustracji, bo poszczególne sceny były raczej autonomiczne i zrozumiałe same w sobie, ale może i tak warto popracować nad dźwiękiem na kolejnych przedstawieniach. Mikrofon bliżej ust zapewne by wystarczył.
Milczenie aktorów zobowiązywało ich do gry twarzą i ciałem. Choć miny, pozy i przemieszczanie się wydawały się starannie przemyślane, zaaranżowane i odegrane, to chwilami brak było tego sznytu, dbałości o detale, przerysowywania i zatrzymywania ruchu członków, które charakteryzują aktorów pantomimicznych. Ale ponieważ nikt nie obiecywał pantomimy (nie straszył pantomimą?), nie czepiajmy się tego, do czego twórcy nie aspirowali (lub może czego chcieli wręcz uniknąć). Taneczny fragment w mało oczekiwanym momencie i z udziałem tancerek dostarczył natomiast mnóstwo prostej radości związanej z kolejnym nieoczekiwanym złamaniem konwencji i rozładowaniem ciężkawej atmosfery.
Teatralni wyjadacze zapewne mogli pokojarzyć poszczególne zdarzenia z jakimiś pierwowzorami. Minoderyczność, spóźnialstwo, artystyczne niemoce i fochy, majstrowanie przy tekście klasycznego dramatu aż do momentu, gdy mało kto by się domyślił, że to wciąż podobno ten dramat – wszystko to odarte z powagi i patosu, prawdopodobnie cieszyło czujnych „insajderów”, zwłaszcza jeśli raczej rozpoznawali tam siebie nawzajem niż po prostu samych siebie.
Jednak nie był ten spektakl jakoś szczególnie hermetyczny. Ot, po prostu wiele elementarnych smaczków uciekłoby komuś, kto na przykład zupełnie nie znałby lub nie pamiętał dramatów Antona Czechowa, klimatu znaczących rozmów o prostych faktach dnia codziennego, herbacianego rytuału, bólu istnienia właściwego bogatym Rosjanom i Rosjankom, niegłodnym konfitur, za to głodnym harmonijnej duchowości i egzystencjalnego spełnienia.
W „Ojcach” jest też coś dla dzieci. Niedźwiedź jako przedmiot adopcji jest tak gigantyczną blagą, że nadaje się na baśniowe i humorystyczne snucie opowieści. Z drugiej strony skądinąd wiadomo, że spontaniczna adopcja niedźwiedzia kiedyś miała miejsce i w sieci można znaleźć na to filmowe dowody. Nie zmienia to jednak absurdalności aktorskiej drogi z misiem u boku.
Historia z niedźwiadkiem wywołała u mnie i u Eli zgodne wyobrażenie tego, jak mogła powstawać fabuła sztuki zagranej na Tęczowej w sobotni wieczór. Oto ono: pogawędka rozhamowanej trunkiem grupy wybitnie twórczych przyjaciół została zapisana, później zaś zredagowana i uzupełniona, wreszcie – pokochana może i przez jej ojców, niewątpliwie zaś – przez matkę, bo tak wynika z informacji na stronie Teatru Rozrywka. A to, co kochamy, choć bywa nierówne, nie może być kiepskie. Zapewne dlatego też na siermiężnej widowni, tym razem, jak rzadko, nie w pierwszym rzędzie, miło spędziliśmy czas.
„Ojcowie”, scenariusz i dramaturgia: Marta Giergielewicz, reżyseria zbiorowa. Centrum Inicjatyw Twórczych we Wrocławiu, premiera w ramach Mandala Performance Festival: 10 maja 2014.
