
Ciekawa inscenizacja i dobra gra aktorów uratowały tekst, który nie wytrzymuje próby czasu. Wprawdzie jego dramaturgiczne przetworzenie sprawiło, że tylko z wielkim trudem można rozpoznać oryginał, jednak i to nie uchroniło spektaklu od zawiśnięcia na obrazie, ruchu i pozawerbalnych walorach dźwięku. Jeśli ktoś szuka w teatrze teatru właśnie, nie – wielkiej literatury, to polecam udanie się na Dużą Scenę Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Nie tekst, audiowizualność zaś owszem tym razem tam odnajdzie.
REKLAMA
O ile „Tajemniczy ogród” (w oryginale „secret”, czyli raczej „tajemny”) jest książką o uzdrawiającej sile natury i o pomocy, której można udzielić potrzebującemu, nawet jeśli ten niekoniecznie chce ją z początku przyjąć, o tyle spektakl zupełnie co innego wydobywa z literackiego pierwowzoru. Nieprzystająca do społecznych oczekiwań, niezależna i niepokorna Mary, odrzuca propozycję zawarcia bliższej znajomości z poskramiaczem zwierząt Dickiem i grabkami, które raz po raz anonsuje niczym jakiś sportowy samochód lub inny męski wabik. Oczywiście młody wiek głównej protagonistki każe wziąć poprawkę na rodzaj potencjalnej atrakcyjności, jednak kontekst wzywania, oferowania, odrzucania, opuszczanej i wciąganej pod niebiosa dwuznacznej huśtawki – wszystko to sugerują seksualne dojrzewanie z całą jego kapryśnością.
Główna bohaterka zmaga się ze swoją tożsamością („Indianki” z Indii, Angielki, córki matki, córki ojca, sieroty), brakiem samoakceptacji, nieprzystawalnością do społecznych norm, wypominaną raz po raz przez służącą Martę. Stając w obliczu wyciąganej doń przyjaznej dłoni poskramiacza okazuje się jednak istotą minoderyczną i nieskorą do emocjonalnego zbliżenia. Nic więc dziwnego, że ostatecznie niknie w czymś w rodzaju zapadki, wciśnięta tam przez rozczarowanych nią znajomych.
„Tajemniczy ogród” oferuje wersję sieroty, która odrzuca urok natury, neguje powaby wrzosowiska, nie chce potrzebować ani dzikiej przyrody, ani ludzi. Dziewczynka pragnie zachować niezależność, lecz to okazuje się niemożliwe. Nowoczesne, a w każdym razie o ponad pół wieku wykraczające poza czas powstawania powieści Frances Hodgson Burnett (1909 rok), akcesoria pozwalają dystansować się od natury, pogrążać w sobie, wyrażać się w rymowanym rytmie hip hopu. Książka, którą raz po raz – zupełnie dosłownie – nakłada na nią ożywający faun z cokołu, nie wytrwa na jej głowie zbyt długo. Pensjonarski dryl i wyprostowana postawa najwidoczniej nie jest żywiołem imigrantki z Azji, bo ma kłopoty z utrzymywaniem woluminu na ciemieniu.
Ostatecznie powtarzająca się akustyka słynnej sceny spod prysznica z „Psychozy” Hitchcocka nie kończy się na obłożeniu książką. Realizowany jest scenariusz, którego widz, uśpiony bajkowym klimatem opowieści, się nie spodziewa, choć właściwie mógłby. Ale aż tak łatwo się nie umiera, w każdym razie nie w teatrze i nie przed upływem godziny przedstawienia. „Może to był tylko sen?” – myśli widz.
Wizualność spektaklu, w odróżnieniu od chimerycznej i mało klarownej fabuły, stanowi o jego sile. Czarna książka na blond peruce, przy białej sukience narzuconej na czarne body komponują się znakomicie. Do twarzy z nimi zmagającej się z samą sobą bohaterce (Maria Kania). Również służąca (Anna Kieca), eksponująca uszpilkowione nogi ponętnej pokojówki, podrasowana jest stylowo przez: usta umalowane na czarno, kok na głowie („cock on her head” – śmieją się Anglicy), przechodzenie przez małe drzwiczki w gigantycznych ścianach ze sklejki (świetny pomysł scenografki!), wampiryczno-kocie fukanie, schodzenie ze sceny charakterystycznym, niemożliwym do przeoczenia, za każdym razem innym krokiem.
Charakteryzacja wszystkich aktorów, również tych w rolach męskich, nie pozwalała określić ich wieku. Sprawne poruszanie się po scenie sugerowało, że nie mogą być starzy, jednak na bankietowej prezentacji po premierze, gdy zdjęli peruki, makijaże, złote majtki, niecodzienne szaty, okazali się wręcz nieprzyzwoicie młodzi. Nie próbuję zgadywać, nie zamierzam sprawdzać, najważniejsze bowiem jest to, że wykazali dużą aktorską dojrzałość. Zagrali wyraziście i przekonująco. Nawet nadsprawny faun (Maciej Kowalczyk), który po zejściu z cokołu zagrał niepełnosprawnego Colina, był dwiema postaciami, jakże różnymi – monologującego, pouczającego oratora i uciekającego się do emocjonalnego szantażu kaleki.
Ptaszysko z huśtawki (Piotr Bondyra) także, wokalizując różnorodnie i różne okazując oblicza, pokazało ze dwie aktorskie oktawy. Ostatecznie jednak ani piórka stwora rzekomo wezwanego przez sierotkę i zesłanego przez naturę, ani wybawiciela oferującego raz po raz grabki, cokolwiek by one miały znaczyć, nie pomogły mu w pozyskaniu przychylności nieprzejednanego dziewczęcia. Widocznie perspektywa tego, że zacznie go nieodparcie potrzebować, „podążać za tym i kompromitować się dla tego” nie przypadła jej do gustu. Nastolatka prawdopodobnie uznała, że uzależniania się od czegokolwiek nie jest pociągająca. Nietypowe w młodym wieku, prawdę mówiąc – w żadnym wieku, jednak jakże warte polecenia.
Być może twórczynie spektaklu nie chciały moralizować, może nawet chciały pokazać dziewczę zbuntowane, niesforne, lecz wyszło na to, że nonkonformistyczny sprzeciw posłużył przezornej wstrzemięźliwości. Zemsta wzgardzonych pokazała, że opieranie się pokusom nie zawsze dobrze się kończy, lecz przynajmniej cierpienie nie trwa długo. Dosyć przewrotne to przesłanie, jak na mój gust. Ale może nie zrozumiałem intencji, pojąłem opacznie, uroniłem sens lub sensy. Nie martwcie się, twórczynie, inni na pewno je wydobędą.
Scenografia spektaklu zrobiła wrażenie. Podłoga pełna była geometrycznych, chwilami rozchwianych i ścieśnionych rombów, wysokie ściany z surowej sklejki dzielnie przyjmowały cienie, zwłaszcza postaci z cokołu, skóra goryla (czyżby z pamiętnego przedstawienia Ad Spectatores z gorylem w tytule?) w połączeniu z elektronicznymi gadżetami sugerowały nierozdzielność natury i cywilizacji, a ręcznie otwierane jamy-zapadki w podłodze umożliwiały wprowadzanie niespodziewanych zwrotów akcji.
W warstwie słownej spektakl był nierówny, podobnie jak powieść sprzed ponad stu lat. Pytania w rodzaju „Jak duże i puste może przestać być duże i puste?” znajdowały odpowiedzi o ironicznym wydźwięku w rodzaju „Z czasem się panience spodoba. Wszystkim się podoba. Taki jest zwyczaj”. Budzi to skojarzenia z Gombrowiczowskim „jak nie zachwyca, jak zachwyca”, choć nie o Słowackiego, a o wrzosowisko poszło, i nie – między nauczycielem a uczniem, a między pensjonarką a pokojówką. Na ile to świeże, na ile zaś zużyte, zależy od obycia widza i jego tolerancji czy zamiłowania do podobnych treści w różnej formie. Tak czy inaczej tekst chwilami się nie broni, a rymy i zabawy słowem zamierzone zapewne jako „bon moty” wydawały mi się niekiedy jałowe i niepotrzebne. Wiemy skądinąd, że jutro o dniu właśnie trwającym będziemy mówili „dzisiaj”. To odkrycie dziecka nie wydaje się ożywcze, w każdym razem nie tak, jak być może wydawało się przed pierwszą wojną światową.
Jednak i warstwa muzyczno-dźwiękowa, i strona wizualna, i gra aktorska zdecydowanie sprawiały, że spektakl nie był nieudany. Prawdziwy popis czworga aktorów znaleźliśmy z Elą w scenie strzelania do siebie z wyimaginowanej broni przy jednoczesnym wygłaszaniu kwestii. Aranżacja ruchu na scenie, perfekcyjna synchronizacja i zwyczajna uroda tych poruszeń, wycelowań, konstatacji i nieostatecznych śmierci zachwyciły nas, lecz zapewne i wielu innych teatralnych smakoszy. Brawo!
„Tajemniczy ogród”. Tekst na podstawie utworu F. H. Burnett: Agnieszka Jakimiak, reżyseria: Katarzyna Szyngiera. Wrocławski Teatr Współczesny, Duża Scena. Premiera: 17 maja 2014.
