Prezydent Petro Poroszenko, jeden z najbogatszych obywateli Ukrainy, za aprobatą Zachodu i polskich mediów, przedstawił tak zwany plan pokojowy. Ogłosił jednostronne zawieszenie broni, które - jeśli będzie przestrzegane - ograniczy liczbę ofiar na wschodzie kraju. Jednak łatwo się domyślić, że celem jego ogłoszenia nie jest przecież pokój, lecz osłabienie separatystów. Moim zdaniem Poroszenko gra na czas. Liczy na to, że rządy USA i Europy Zachodniej wywrą presję na rząd Rosji, aby przestał popierać separatystów, co umożliwiłoby ich „likwidację”.
REKLAMA
Dlaczego wątpię w czyste intencje Poroszenki? Otóż do tej pory on i jego współpracownicy, nie traktowali bojowników ze zbuntowanych republik jako partnerów, z którymi można negocjować, lecz "terrorystów" i zło, które należy wyplenić. Premier Arsenij Jaceniuk posunął się nawet do tego, że na oficjalnej anglojęzycznej stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych nazwał zaangażowanych w konflikt zbrojny po stronie tzw. Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej "podludźmi" (subhumans). To degradujące określenie wywołało złe skojarzenia, zwłaszcza w kontekście współpracy ukraińskich nacjonalistów z hitlerowcami w czasie II wojny. Reakcje komentatorów sprawiły, że niedługo później słowo "podludzie" zamieniono na... "nie-ludzie" (inhumans). Semantycznie można uznać to za zaostrzenie retoryki, ale wizerunkowo - wręcz przeciwnie. "Nieludzkie" uczynki zasługują przecież na ukaranie, nieprawdaż?
Prorządowe rosyjskie media skrytykowały "plan pokojowy" Poroszenki, określając go jako "ultimatum". I rzeczywiście, trudno oczekiwać od dumnych powstańców złożenia broni pod groźbą "likwidacji". Historia wielokrotnie pokazywała, że przy takim zacietrzewieniu wrogów likwidacja, jeśli nie wszystkich buntowników, to przynajmniej ich przywódców, i tak następuje. Albo giną z rąk nieznanych sprawców, albo są skazywani za ciężkie przestępstwa, albo wykluczani z życia publicznego i zmuszani do wewnętrznej lub rzeczywistej emigracji. Dlatego nie sądzę, aby "plan pokojowy" w takiej formie miał jakiekolwiek szanse realizacji.
Bardzo lubię Rosjanki i Rosjan, Ukrainki i Ukraińców. Choć zdaję sobie sprawę z nieuprawnionego charakteru narodowościowych generalizacji, to jednak – gdy myślę o nich jako o członkach grupy – nie mogę przestać uważać ich za serdecznych i wrażliwych ludzi, których język i kultura są nam, Polkom i Polakom, bliskie. Chciałbym, aby konflikt na wchodzie Ukrainy uległ jak najszybciej deeskalacji. Jednak obawiam się, że wojna się nie zakończy. Traktowanie powstańców z Donbasu jak terrorystów i publiczne deklarowanie przez głowę ukraińskiego państwa, że ich zgładzi, jeśli nie uznają jego władzy i nie złożą broni, przypomina zachowanie możnowładców z zamierzchłych czasów, którzy za najlepszą formę uprawiania polityki uznawali przemoc, za najsilniejszy argument - zapowiedź mordu na oponentach.
