„Telewizor, meble, mały fiat – oto marzeń szczyt” – śpiewał na początku lat 80. Zbigniew Hołdys, lider kultowego wówczas Perfectu. A w jednej ze sztuk Różewicza wystawianej w awangardowym wtedy Współczesnym archetypowa matka rodziła na scenie. „Przyj, matka!” – wołali zainteresowani członkowie rodziny, może nawet sąsiedzi, by skonstatować, że właśnie wydała na świat odbiornik telewizyjny lub samochód. Wtedy auto miało wartość – było towarem niedostępnym, luksusowym. Duży Fiat notowany był o klasę wyżej od Malucha. A teraz? Dyrektor Masztalski wyjaśnił mi przed spektaklem, że taki pojazd na włoskiej licencji ma charakter „wintidż”, a więc i wartość wielokrotnie przekraczającą tę właściwą dla złomu.

REKLAMA
logo
Marcin Chabowski z Ukrainką Tamarą o pięknych oczach i rzewnym głosie www.adspectatores.art.pl
Dlaczego o tym piszę? Ano okazało się, że „Live Game 1” w zaimprowizowanym garażu Browaru Mieszczańskiego za główną nagrodę miała właśnie ów samochód, który z Fiata 125p stał się FSO 1500. Wokół tej budzącej liczne skojarzenia, przywołującej wspomnienia (na takim zrobiłem prawo jazdy, takim wybrałem się w pierwszą inicjacyjną podróż dorosłego życia) konstrukcji rozegrała się akcja spektaklu w reżyserii Anety Wróbel.
Pierwsza scena, w zwolnionym tempie zagrana do „Rydwanów ognia” Vangelisa, zdecydowanie ustaliła komediowy charakter przedstawienia. Pełne zaciekłości miny, gesty zamaszyste, susy rywalizacyjne, odepchnięcia niedokończone pochodziły od menażerii ludzkich typów, granych przez znanych i nieznanych.
Po nieobecności, może tylko subiektywnej, powrócił Michał Wielewicki i od razu w dobrej formie – choć na inwalidzkim wózku (uff, to tylko rekwizyt) napluł z góry na zakonnicę. Ile serca w to włożył, ten tylko się dowie, kto to zobaczy – chciałoby się rzec, ale spektakl był chyba jednorazowy, więc może coś ukręcił z aparatu pozostający na widowni Arkadiusz Cyran, inny aktor Ad Spectatores, nieustannie obecny.
Wygrywał ten, kto najdłużej nie odpuścił. Pierwszy odpadł Węgier, który jako buddysta szybko oderwał się od materii, wybrał duchowość, a później mistrza, który ocalił go od samospalenia w obronie Tybetu. Trzeba przyznać, że fryzura tego dzielnego człowieka upoważniała go do bycia buddyjskim nauczycielem. Ale przecież wcześniej zamiatał paprochy, a nie żuczki, przegonił kota, a muchę nawet zabił kijem od miotły i rozmazał na karoserii. Co z niego za buddysta? Scenariusz do poprawki.
Później odpadły dwie kobiety, które pojednały się tak bardzo, że nawet różnice „rasowe” i historyczne zaszłości im nie przeszkodziły. Dałbym sobie rękę uciąć, że jedna z nich mówiła językiem Joachima von Ribbentropa, który z Wiaczesławem Michajłowiczem Mołtowem dokonał rozbioru Rzeczypospolitej. Polska telewizja taktownie przypomniała o tym dzisiaj, a więc w 75. rocznicę paktu. Historycy na ekranie sugerowali, że właśnie Merkel z Putinem robią to samo. Jedynym usprawiedliwieniem dla matki-Polki z chorym dzieckiem, która, jak sama argumentowała, zasługiwała na tę wygraną, było to, że nie oglądała wiadomości, zajęta próbowaniem. Inaczej nie poświęciłaby dobra własnego dziecka dla przyjaźni z przedstawicielką oficjalnie wrogiej nacji.
Nie dostał swojego auta również Marcin Chabowski, najbardziej emocjonalnie z nim związany, uczący je „zostawania samemu”. Zakonnica, Ukrainka w habicie i z różańcem, uznała go za świętego, zdobył jej serce, może nawet został jej duchowym przewodnikiem. Należy podkreślić, że to wyniesienie na ołtarz przez kobietę, które poprzedziło wyniesienie jej fizycznie ze sceny przez mężczyznę było o wiele bardziej politycznie poprawne, niż opisane wcześniej pojednanie polsko-niemieckie. Ukrainka jadąca na Polaku zbawiać świat! Czyż może być trafniejsza alegoria obecnej sytuacji politycznej takiej, jak ją widzą nasze media, historycy, nasza klasa polityczna?
W międzyczasie, pod wpływem „Summertime” odpuściła nagrodę inna Ukrainka, sprzątaczka w chuście o pięknych oczach i rzewnym głosie. Widocznie wschodnia dusza nie pozwoliła jej wytrwać przy materialnym dobru, nogi podstępnie poprowadziły do tańca, rozum wyniósł hen, poza scenę, na stepy, góry, lasy, doły.
Paraplegik na wózku poległ z powodu rozczulenia się nad sobą i oddał nagrodę sztywnej, zdyscyplinowanej okularnicy w biurowym kostiumie władającej niezrozumiałym dla Słowian ugrofińskim językiem. Systematyczność, konsekwencja i opanowanie popłacają – brzmiałby morał, gdyby była to bajka i rzecz nie działa się naprawdę. Nie warto rozpraszać się, popadać w czułostkowość ani idealizm, jeśli chce się wygrać nagrodę – oto istota ukazanej w Browarze gry.
Całości znakomicie akompaniował na klawiszach Marcin Grabosz. Jednak nie tylko on wykazywał muzykalność. Pierwsza scena przy samochodzie przyniosła rytm „We are the champions” Queenu (ulubiony zespół Eli) wybijany na plandece spowijającej karoserię cennej nagrody. Śpiewy, melorecytacje, dźwięki mowy obcej (z zabawną polską wstawką o telefonie w finałowej rozgrywce – „Nie zatrzymasz”) sprawiały, że nie tylko popatrzeć można było na przerysowane ludzkie dramaty i dylematy decyzyjne, lecz i posłuchać. Muzyczność spektaklu przywołała skojarzenia dawne, z czasów świetności rozgrywanego Fiata.
Igrający z pogierkowską cenzurą protest song Perfectu zaczynał się od słów: „Komu auto, komu chatę / Komu awansować tatę”, kończyła zaś takimi: „Kto za utwór zaś niniejszy / Zespół nasz uczyni mniejszym”. W „Grze na żywo” auto przypadło Węgierce, ale zespół okazał się większy, bo wzbogacony udziałem gości z dawnych „demoludów”: Niemiec (b. NRD), Ukrainy (b. ZSRR) i Węgier (wciąż Węgry). Może dlatego wszystko zakończyło się radośnie – wszyscy cieszyli się nagrodą i tryskali radością. Ostatnia scena jednym tylko mnie rozczarowała.
Pamiętam otóż zabawy, w których do „malucha” (Fiata 126p), czteroosobowego pojazdu na Zachodzie używanego przez jedną osobę „na zakupy” lub – po odpowiedniej adaptacji – do wożenia kijów golfowych, mieściła się podwójna liczba młodych ludzi. Wtedy jednak panował duch transgresji, a dzisiaj – w cenie jest wygoda. Tak więc nawet siedmioro członków trupy nie pofatygowało się jednocześnie do wnętrza „dużeeego” przecież Fiata. Uszanujmy jednak reżyserię przedstawicielki młodego pokolenia. Duch wyczynowego męczeństwa odszedł i najwyraźniej na razie jeszcze nie powrócił jako „wintidż”.

„Live Game dzień I”. Reżyseria: Aneta Wróbel. Grupa Artystyczna Ad Spectatores przy współudziale aktorów z Niemiec, Ukrainy i Węgier.
Scena w Browarze Mieszczańskim.
Prapremiera: 23 sierpnia 2014