
Jedna z moich koleżanek z pracy, namiętna czytelniczka, sama świetnie, choć za mało pisząca, przeczytała tę powieść z ekscytacją i jednym tchem. To lepsza rekomendacja niż „Nadgroda”, która przecież bywa przyznawana za słabe produkcje na modne tematy, ot, choćby za dramat autorowi przez samouwielbienie rozdętemu – także cieleśnie – do groteskowego rozmiaru. Później książkę tę przeczytała Ela, a pochwała warsztatu i opowieści w jej ustach to, wierzcie mi, naprawdę wielka rzadkość. Cóż było robić. Sława przeminie, bo niedługo kolejna edycja z finałową siódemką. W cyklu rozgłosu książki zrobiło się ciemno, prawie noc.
Myślałby ktoś, że złamane serca, że zabójstwa, także zbiorowe, wojenne, że samobójstwa, że porwania i wykorzystywanie seksualne, że depresja i beznadzieja, że parareligijna paranoja bez reszty wypełniają ten świat niby realny, lecz chwilami surrealistyczny, który stworzyła pisarka. Jednak nie brakuje w tej książce pięknego humoru, przewrotnej ironii, zabawy słowem i literackich aluzji. Ciekawe, choć może nazbyt długie, są te rozdziały, w których odwzorowane zostały anonimowe czaty. Trafnie pokazuje w nich autorka wykwity internetowego języka: plugawego, pełnego błędów, pretensjonalnego, służącego politycznej i narodowościowej nienawiści, skażonego uprzedzeniami i tym absurdalnym zadęciem zbawiaczy świata, próbujących udawać zdystansowanych i sprawiedliwych.
