Okładka papierowej wersji "Ciemno, prawie noc"
Okładka papierowej wersji "Ciemno, prawie noc"

Jedna z moich koleżanek z pracy, namiętna czytelniczka, sama świetnie, choć za mało pisząca, przeczytała tę powieść z ekscytacją i jednym tchem. To lepsza rekomendacja niż „Nadgroda”, która przecież bywa przyznawana za słabe produkcje na modne tematy, ot, choćby za dramat autorowi przez samouwielbienie rozdętemu – także cieleśnie – do groteskowego rozmiaru. Później książkę tę przeczytała Ela, a pochwała warsztatu i opowieści w jej ustach to, wierzcie mi, naprawdę wielka rzadkość. Cóż było robić. Sława przeminie, bo niedługo kolejna edycja z finałową siódemką. W cyklu rozgłosu książki zrobiło się ciemno, prawie noc.

REKLAMA
Opowieść, której główną bohaterką jest dziennikarka z Warszawy, mieści wszystko: mroczne zdarzenia z wojennej przeszłości, biedę podupadłego miasteczka, działalność ideologicznego hochsztaplera, kryminalną intrygę z dziećmi w rolach głównych, a nawet przygodny romans. Konstrukcja książki, oparta na tej głównej pierwszoosobowej narracji, zawiera jednak – niczym małe babuszki w dużej babuszce – opowieści osób spotkanych i przepytywanych przez panią Tabor (alter ego pisarki?). Pozwalają one albo zagłębić się w odległą przeszłość, albo też przybliżyć zdarzenia związane z kryminalną zagadką. Postaci mówią swoim własnym językiem i ta umiejętność zindywidualizowania stylu jest jedną z uderzających przewag książki Bator nad wieloma innymi.
O czym jest „Ciemno, prawie noc”? Przestępstwa, łatwe do popełnienia wobec bezbronnych i niekochanych, wprawdzie frapują czytelniczki, a protagonistce organizują życie, bo w końcu ma po reportersku odkryć prawdę, jednak to nie one są treścią książki, a raczej jej pretekstem, łagodnym sztafażem, podobnie jak w „Drwalu” Witkowskiego, też podobno kryminale.
Nieco bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że książka na beletrystyczną modłę opisuje społeczne problemy niegdyś świetnego górniczego miasta. W końcu mamy tu biedę, bezrobotnych, wykluczonych, poszukujących własnej tożsamości i walczących, często bez stronienia od przemocy, o poczucie wartości. Religijny ruch wokół poległego męczennika nawiązuje do innych znanych ze współczesnego życia Polek i Polaków. Martyrologia wokół Popiełuszki i ofiar Smoleńska przedstawiona została nie tylko w krzywym zwierciadle, lecz w wersji odległej od pierwowzoru, niekoniecznie rozpoznawalnej. Inaczej niż w rzeczywistości, lokalny Rydzyk, zostaje zdemaskowany i okryty niesławą przez wielbicielki. Ale i to nie jest rdzenne dla „Ciemno...”
Relacje z najbliższymi osobami wydają się czymś ważniejszym od groteskowych obrazów skarlałej i pokracznej duchowej wspólnoty. Powrót do rodzinnego domu czterdziestolatki, której udało się na stałe wyjechać z Wałbrzycha, ma wprawdzie krótkotrwały, związany z zawodowym zadaniem charakter, jednak uruchamia lawinę wspomnień i prowokuje spotkania umożliwiające ponowną penetrację przeszłości. Niezwykle trafne i dojrzałe są te fragmenty, w których wspominana jest starsza siostra głównej bohaterki – ofiara molestowania i przemocy w rodzinie (nie ona jedna na kartach tej książki), zbuntowana, niezależna, głodna miłości, lecz ostatecznie odrzucona. Jej śmierć wpłynęła decydująco i na formacyjne lata głównej bohaterki i na los jej chłopaka. Widziany wtedy i widziany trzydzieści lat później jest skrajnie różny nie tyle z uwagi na upływ czasu, lecz raczej właśnie z powodu zatrzymania się czasu w chwili, która okazała się najważniejsza.
I tu dochodzimy do, jak dla mnie, sedna książki Joanny Bator. Najbardziej poruszające są te jej miejsca, w których pozornie błahe zdarzenie pozostawia niemożliwy do wymazania ślad, najczęściej ranę, bywa, że śmiertelną. Nigdy nie wiemy, czy jakieś spotkanie, rozmowa, rozstanie, nie będzie tym punktem, w którym zatrzyma się życie. Jeśli ktoś, jak były chłopak Ewy, ma tendencję do silnego przeżywania, do zamykania się z przeszłym doświadczeniem przed nowym, do ruminacji, to w pewnym, może najistotniejszym sensie przepadł, trafiony i zatopiony. Nic już się w jego życiu nie stanie wartego uwagi, bo to najważniejsze się stało. Ukochana odeszła na zawsze, w tym przypadku z własnego wyboru, od wszystkiego i wszystkich. Tak po wielu latach widzi to ukochany, a jest to, jak sądzę, proza wysoka i mocna:
Pamiętam tamtą chwilę tak, jakby zdarzyła się wczoraj. Tak się mówi, ale wymyślili to ci, których pamięć jest jak notatki księgowego małej, uczciwej firmy. Ja dogorywam tu, z pamięcią oszusta, i nie mam pojęcia ani mnie nie obchodzi, co zdarzyło się wczoraj. Chwila sprzed trzydziestu lat na ławce z twoją siostrą jest tuż obok i ja tam jestem. Tam zostałem. To, co widzisz teraz, to troll pogrążony w złości jak w smole. Zemściłem się, ale nie przyniosło mi to ulgi. Mój czas się kończy, Alicjo.

Myślałby ktoś, że złamane serca, że zabójstwa, także zbiorowe, wojenne, że samobójstwa, że porwania i wykorzystywanie seksualne, że depresja i beznadzieja, że parareligijna paranoja bez reszty wypełniają ten świat niby realny, lecz chwilami surrealistyczny, który stworzyła pisarka. Jednak nie brakuje w tej książce pięknego humoru, przewrotnej ironii, zabawy słowem i literackich aluzji. Ciekawe, choć może nazbyt długie, są te rozdziały, w których odwzorowane zostały anonimowe czaty. Trafnie pokazuje w nich autorka wykwity internetowego języka: plugawego, pełnego błędów, pretensjonalnego, służącego politycznej i narodowościowej nienawiści, skażonego uprzedzeniami i tym absurdalnym zadęciem zbawiaczy świata, próbujących udawać zdystansowanych i sprawiedliwych.
Jest też w powieści trochę seksu, także przypadkowego, z nieznajomymi „o łagodnych twarzach i delikatnych dłoniach”. W końcu główna bohaterka wyzwoliła się od zależności nieodłącznych dla długotrwałych bliskich związków, ale pod skorupą Pancernicy i tak kryje się przecież miękki tułów od czasu do czasu domagający się nielimitowanych odsłon i raptownych pieszczot.
Nade wszystko jednak warto po raz kolejny pochwalić pisarski kunszt Bator. Świadomość konwencji, znakomite wyczucie języka, bogactwo słów, lecz także umiejętność samoograniczania się, gdy wymaga tego kontekst – wszystko to sprawia, że książka, choć smakowita, nie razi tym nachalnym samouwielbieniem obecnym choćby w również klimatycznym i sięgającym do niedawnej historii „Weiserze Dawidku” Pawła Huelle’go. Zatem „Nadgroda” za „Ciemno, prawie noc” została przyznana w pełni zasłużenie. O bolesnej przeszłości i o takichż jednostkowych losach, można było, jak widać, napisać w sposób subtelniejszy i mniej prostacki, niż zrobił to ogromny autor „Naszej klasy”.
Joanna Bator: „Ciemno, prawie noc”. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013