
A co by się stało, gdybyś w jednej chwili straciła cały dotychczasowy świat: bliskich, pracę, wygodne życie? A co gdybyś została na świecie zupełnie sama, bez kontaktu z ludźmi, z kilkorgiem istot innego gatunku, które nie przeżyłyby bez ciebie?
REKLAMA
Samotność i kłopoty z przeżyciem z dala od cywilizacji konsumenci literatury znają już co najmniej od czasu Robinsona Crusoe, a nagłe, zupełnie nieprawdopodobne katastrofy wywracające życie do góry nogami – z licznych opowieści współczesnych, choćby z Miasta ślepców Jose Saramago. W pierwszym przypadku walka idzie o biologiczne przeżycie, w drugim zaś – także o nie, głównie jednak o zachowanie psychicznej integralności. Bohaterka książki Marlen Haushofer znalazła się w sytuacji, w której sama, bez kontaktu z ludźmi i bez większej nadziei na ten kontakt, musi się wykarmić i ogrzać, w leśnej głuszy, w górach. Nie może liczyć ani na pomoc, ani na wsparcie. Przywykła do pracy umysłowej, musi intensywnie pracować fizycznie, aby zgromadzić zapasy i przetrwać kolejne zimy. Dawno zapomniane i dotąd nieprzydatne umiejętności takie jak koszenie czy dojenie krowy stają się niezbędne i zbawienne. Fizyczne trudy: zmęczenie, ból, odciski i pęcherze stanowią cenę, którą należy zapłacić za przetrwanie, jednak wydawałoby się, że znacznie trudniejsze będzie odnalezienie siły do zmagań. Same biologiczne przetrwanie, wobec braku nadziei na wyjście z opresji, wydaje się celem mało zadowalającym. Straciwszy wszystko można by również stracić wolę życia. Co zatem sprawiło, że czterdziestoparoletnia kobieta tak dobrze zaadaptowała się do drastycznie gorszych warunków?
Trudno mi znaleźć na to pytanie odpowiedź inną niż ta, która odnosi się do odpowiedzialności. Opieka nad psem, kotem i krową wydaje się czymś nieznacznym w porównaniu do utrzymywania niedorosłych, w naturalny sposób niedorozwiniętych ludzi, jednak wobec braku ludzi to właśnie zwierzęta, dbanie o nie, radość z obcowania, zmartwienie cierpieniem i rozpacz po śmierci stanowiły emocjonalną treść życia. Co jakiś czas powraca w „sprawozdaniu” pierwszoosobowej narratorki troska o to, co by się stało ze zwierzętami, gdyby ona sama umarła. Opisy krowy oraz zabaw z psem i kotami stanowią zresztą najbardziej literacko udane i ujmujące fragmenty tej pisanej krótkimi zdaniami, na ogół wartkiej, chwilami nieco męczącej codziennymi konkretami, powieści.
„Ściana” może być odczytywana także metaforycznie. Gdy stajemy się odpowiedzialni za swoje życie i nie możemy już obarczyć nikogo ani niczego winą za własną nieudolność, odwlekanie, brak staranności i konsekwencji, nastaje czas prawdziwej próby. Oto jedynie my sami sobie możemy być wrogiem. Nie ma już głupiego szefa, biurokratycznych procedur, nielojalnych przyjaciół, niewiernych kochanków, niesprawiedliwego systemu, ani nawet chamskich kierowców i nieuprzejmych klientów. Nieobecność ludzi to brak wsparcia i pomocy, lecz to także odcięcie od potężnego obszaru winowajców, krzywdzicieli i zwyczajnych buców, zatruwających życie. Ten potencjalny komfort odjęcia uciążliwych i nieprzyjaznych relacji przynosi jednak dyskomfort pełnej odpowiedzialności za własne postępowanie.
Czy nie jest tak w gruncie rzeczy przez całe życie? Odosobnienie i zdanie wyłącznie na własne siły jest próbą ostateczną i ekstremalną, zwłaszcza gdy ma charakter dopustu – zdarzenia niewybranego i nieograniczonego czasowo. Jednak postrzeganie własnego wpływu na swoje życie, w psychologii znane pod nazwą poczucia kontroli, okazuje się najbardziej istotne, gdy warunki są skrajne. Poczucie kontroli zlokalizowane w nas samych, wewnętrzne, może uratować życie. Bohaterka powieści Austriaczki, jak możemy wnioskować, była przekonana o tym, że przeżycie zależy od niej samej. Poczucie przeciwne zapewne sprawiłoby, że nie planowałaby, nie zaprzęgłaby się w tak rygorystyczny kierat zależnej od aury i pory roku harówki, nie hodowałaby krowy i nie sadziła ziemniaków. Nie miałaby także możliwości doświadczenia wewnętrznej przemiany. Nie odkryłaby tego, że sens życia nie wykracza poza aktualnie rozgrywające się wypadki, doświadczane chwile.
Mało wiemy o wcześniejszym życiu tej, która trochę niczym mityczny Noe, a w gruncie rzeczy znacznie mniej optymistycznie, bo bez zgromadzenia par do rozmnożenia, ocalała, być może jako ostatni człowiek. Ale w obecnym życiu znalazła to, czego tamto nie dawało: postrzeganie ludzi z dystansu, bez osądzania, ze współczuciem (nie dlatego, że są martwi, ale że tak mało mieli radości). Mogła też sobie pozwolić na odrzucenie kłamstwa jako czegoś wobec zwierząt, tak bezpośrednich i czytelnych – inaczej niż wobec ludzi – zupełnie zbędnego. Życie bez poczucia obcości, bez udawania, bez naśladowania innych, ze współczuciem i odrobiną miłości – czy to nie właśnie to, o czym marzą ci, którzy chcieliby, jak to się enigmatycznie ujmuje w wyświechtanej frazie, „być sobą”?
Czyta się tę Ścianę niczym bajkę, ale opowieść, choć w gruncie rzeczy nieprawdopodobną, bez zastrzeżeń uznajemy za prawdziwą. Wierzymy bohaterce, bo relację snuje na odwrocie starych kalendarzy gospodarskich, z przekonaniem, że staną się pożywieniem myszy. Lubimy ją za tę dzielność i szczerość, która każe jej dbać o większe od myszy zwierzęta bardziej niż o siebie. Podzielamy zachwyty nad kotami, psem i krową. Cóż, w każdym razie ci z nas, którzy podzielają, znajdą w lekturze dodatkową przyjemność.
Marlen Haushofer: Ściana. Przeł. Zofia Kania, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1990.
