Któż z nas nie znalazł się kiedyś w przedziale pociągu z osobą złaknioną słuchacza, gotową wobec braku zdecydowanego oporu z jego strony opowiedzieć całe swoje życie, wyrzucić z siebie wszystkie traumy i krzywdy? Któż, z uprzejmości, z braku asertywności, z braku alternatywy nie poświęcił uwagi towarzyszowi podróży przez znaczącą jej część? Któż nie dał się wciągnąć w opowieść domagającą się zrozumienia i współczucia? Któż z nas w jakiejś skondensowanej wersji nie doświadczył tego ekshibicjonistycznego spektaklu w autobusie miejskim, w tramwaju, w poczekalni? Zrobiliśmy to, radzi nieradzi, bez opłat i bez zobowiązań, kiwając głową, z całą sympatią, na jaką nas było wtedy stać. A przecież...

REKLAMA
Milton Erickson, słynny psychoterapeuta, określił podobno
logo
"Dziwny pasażer" www.wteatrw.pl
takie uważne słuchanie i okazywanie zrozumienia mianem „terapii mhm”. Nie muszę chyba dodawać, że z profesjonalnych pozycji nie różniła się ta forma pomocy od innych na tyle, aby miała kosztować mniej, pomimo że nie wymagała ujawniania wszelkich kompetencji psychologicznych, zaś i umiejętności – nieliczne.
Jeden z najsłynniejszych polskich psychologów (żyje, nazwisko pominę) zasłynął między innymi zachęcaniem studentów, aby interesowali się teorią i badaniami naukowymi, bo jeśli skończą jako klinicyści, to będą pełnili funkcję „spluwaczek”, bowiem w nich, przyszłych psychoterapeutach, klienci będą mogli deponować treści, których nikt inny dobrowolnie nie przyjmie. Rzeczywiście, dla kogoś bez dużej tolerancji na okropności, bez życzliwości dla słabych, niedoskonałych ludzi, te wywnętrzenia, półlegalne i gwałtem zadane w pociągu i poczekalni, w pełni zaś zinstytucjonalizowane dopiero za sprawą terapii, mogą być nieznośne. Pośrednią formułą stanowią poniekąd inne płatne usługi, choćby fryzjerskie, kosmetyczne czy towarzyskie, lecz także transportowe.
Klient taksówki może zainicjować rozmowę i liczyć na uprzejme traktowanie. Jeśli jednak oczekuje od przewoźnika pomocy terapeutycznej, to musi liczyć się z odmową lub przynajmniej z brakiem profesjonalizmu. Tytułowy „dziwny pasażer” ze sztuki Tymoteusza Karpowicza wykorzystał taksówkarza do tego, by ponownie przeżyć wydarzenia sprzed wielu lat. Psychodrama, której zażądał w cenie wskazywanej przez taksometr, obejmowała podgrywanie roli dawnego przyjaciela i zmarłej dziewczyny. Taksówkarz bardzo długo godził się na dziwaczne życzenia, jednak to wyczerpujące zajęcie doprowadziło do wyczerpania. Jak ten bardzo długi kurs po stolicy się zakończył? Pozostawię to jako niespodziankę. Elę to zakończenie rozczarowało jako „zbyt łatwe”, jednak poddaje się różnym interpretacjom, więc może nie jest aż takim zjazdem z wysokich poziomów, na jakich dramatopisarz utrzymał swój tekst. Dla mnie było to przypomnienie, że to, co nas tak gnębi i gryzie, często okazuje się błahe.
Sztuka Karpowicza, pomimo pół wieku, jakie minęło od jej powstania, zachowała uniwersalną aktualność. Dosyć łatwo byłoby, eksponując partyzanckie wspominki, zredukować ją do jeszcze jednego studium rozrachunku z wojną, niezbyt atrakcyjnego dla widzów z lektur szkolnych aż nadto dobrze znających dzieła Borowskiego czy Bratnego. Adaptacja, która stała się podstawą spektaklu na Małej Scenie Wrocławskiego Teatru Współczesnego skupiła się jednak na problemach jednostki i relacjach międzyludzkich – sprawach na tyle ponadczasowych, że nie zaszkodziło im wspomnienie strzału z pistoletu, ucieczki czy strachu przez okupacyjną śmiercią.
Główny bohater próbuje poradzić sobie z traumatyczną przeszłością, odwiedzając miejsca i ponownie przeżywając sytuacje, które pozostawiły niezagojone rany. Bez domknięcia tamtych niedomkniętych figur sam sobie wydaje się zupełnie dosłownie postacią fizycznie pozbawioną jednej strony. W oczach innych, zazwyczaj taksówkarza, lecz przy okazji także fotografki, próbuje potwierdzić swoją kompletność. W jednej z najlepszych wymian spektaklu próbuje, odwołując się do tego, co widzi towarzysz podróży, upewnić się, że się nie boi. Zazwyczaj wiemy, czy się boimy czy nie, lecz istnieją takie sytuacje, gdy bezwiednie odcinamy odbiór doznań z ciała, aby te nie okazały się nie do zniesienia. Tak dzieje się także u osób sparaliżowanych i niedoznających fizycznych wrażeń z organizmu. Wreszcie istnieje też przypadłość polegająca na nieumiejętności trafnego rozpoznania i nazwania własnych emocji. Wprawdzie bohater Karpowicza zapewne nie jest aleksytymikiem, jednak to znamienne pytanie o to, czy się boi można interpretować także w ten sposób. Alternatywne wyjaśnienie odnosi się do dbania o własny wizerunek. Pytanie „Nie boję się, prawda?” należałoby wtedy odczytywać jako „Nie widać, że się boję, prawda (choć tak naprawdę odczuwam strach)?”
Obowiązek nieokazania się tchórzem, w czym przecież doświadczenie strachu odgrywa niebagatelną rolę, należał do kanonu wojennego bohaterstwa. Bardziej centralnym problemem Pasażera jest jednak, nieujęte w taki sposób, dosyć wszak oczywiste, poczucie krzywdy osoby porzuconej przez ukochaną, zdradzonej przez przyjaciela. Sposób, w jaki sprawiedliwość próbuje przywrócić jest zaskakujący i niezwykły. Czy jednak może być pełniejsze ustanowienie uprawnionego porządku świata niż legalizacja tego, co pozanormatywne i złe? I tu znów zatrzymam się wpół słowa, by pozostawić widzowi przyjemność poznania, jaką drogę wybrał bohater, aby wybaczyć Piotrowi.
Sposób pozbycia się żalu, może nawet nienawiści, usilne dążenie do oczyszczenia się z negatywnych emocji stanowiło jeden z dwóch, jak dla mnie najważniejszych wątków dramatu. Na pierwszym miejscu postawiłbym jednak to, co wiązało się z niedostarczonym pakunkiem. Niedokończone zadanie jest pamiętane dłużej niż zakończone, mamy też tendencję do spontanicznego kończenia takich zadań. To pierwsze zjawisko znane jest jako efekt Zigarnik, drugie – jako efekt Owsiankiny. Niewypełnione zobowiązania, czy to wobec innych, czy to wobec samego siebie potrafią skutecznie zatruwać myśli, wywoływać męczące ruminacje i poczucie winy. Odkładanie ważnych rzeczy do zrobienia jest poważnym problemem. Prokrastynacja drenuje z energii, pozbawia radości życia, obciąża zasoby poznawcze. Jak zobaczyliśmy w spektaklu, niekiedy prowadzi to do tak absurdalnych działań, jak wyruszenie w podróż wiele lat po czasie, do miejsc, które nie są już tymi samymi miejscami, w poszukiwaniu ludzi, którzy, nawet jeśli żyją, nie są już tymi samymi ludźmi, nie mają tych samych oczekiwań, nie pamiętają nawet naszych dawnych niedopełnień.
Uniwersalność tego niewesołego przekazu wiąże się z postulatem odpuszczania sobie, wybaczania sobie i innym, życia teraźniejszością zamiast tkwienia w przeszłości. Gdyby te zalecenia były łatwe do realizacji, to spora część psychoterapeutów musiałaby zmienić profesję. O tym, jak bardzo nie są, świadczy też ostatnia scena spektaklu. Gdybyśmy mieli do czynienia z filmem, pozostawiałaby otwarte pole do dokręcenie sequelu.
Świetny tekst dostarczył wielu trafnych psychologicznie obserwacji. Nienawiść nieszczęśliwych w stosunku do szczęśliwych lub choćby tych, którzy nieco lepiej sobie radzą została ujęta w prawo odczuwania porównawczego, według którego między innymi położenie innych stanowić może standard odniesienia. Warto jednak dopowiedzieć, że warunkiem szczęścia jest postrzeganie lepszej doli innych jako zasłużonej. Owa legitymizacja, jeśli nie stanie się udziałem pokrzywdzonego, prowadzi do cierpienia. Postrzeganie losu tych, którym powodzi się gorzej jako uzasadnionego, jest na tyle powszechne, że stawało się przedmiotem badań takich psychologów, jak Martin Lerner kiedyś czy John Jost dziś. Podziwiać można tylko laicką trafność spostrzeżeń Karpowicza.
Nie sposób wychwycić też wszelkie niuanse literackiej sprawności dramatopisarza. Jednak nazwanie byłego przełożonego Pasażera porucznikiem Zadrą może być znaczące. Jego nazwisko nie tylko syntetycznie definiuje konflikt wewnętrzny głównego bohatera, lecz stanowi anagram słowa zdrada, które pada w kontekście niedostarczonego pakunku.
Ważnym treściom we wrocławskiej realizacji „Dziwnego pasażera” towarzyszyła niezwykła forma. Większa część spektaklu toczyła się w półmroku, a końcowa część w całkowitej ciemności. Niewiele działo się w sferze wizualnej, nawet didaskalia były czytane, a komendy do efektów akustycznych wydawane przez taksówkarza. Nieco upodobniało to całość do słuchowiska, jednak ostateczny efekt uznać należy za oryginalne i w pełni świadome osiągnięcie artystyczne Andrzeja Ficowskiego. Pierwsza część tryptyku „Teatr w ciemnościach” pozwala z nadzieją oczekiwać na zaplanowane jeszcze w tym roku inscenizajce dramatów Helmuta Kajzara i Tadeusza Różewicza.
Ela, która tym razem stanowiła moje czułki i niemal macki, z pierwszego rzędu, jeszcze lepiej niż ja z odległego, mogła docenić kunszt gry aktorskiej Krzysztofów: Kulińskiego i Boczkowskiego. Świetnie się dogadywali i wchodzili ze sobą w głęboką interakcję. Zostali też trafnie obsadzeni: dominujący i uprzejmy, nachalny i zniecierpliwiony. Ewentualne pojawienie się w głównej roli Edwarda Kalisza może sprawić, że spektakl będzie miał drugą, odmienną wersję.
Najnowsza premiera WTW jest propozycją dla miłośników ambitnego teatru: gęstego, dusznego, ciężkiego, wymagającego skupienia. Stanowi także okazję do konfrontacji z samym sobą, być może z własnymi lękami, nie tylko przed ciemnością. Ta ostatnia, w połączeniu z momentami ciszy, wydobywa oddech i westchnienia ludzi wokół. To jedyne w swoim rodzaju przeżycie artystyczne może być okazją do wglądu, niedostępnego w jaskrawości i hałasie.
„Dziwny pasażer” Tymoteusza Karpowicza. Reżyseria: Andrzej Ficowski. Wrocławski Teatr Współczesny, Mała Scena.
Premiera: 12 września 2015

*Niezrozumiałe? Nie poradziliście sobie z zadaniem? Zapadło w pamięć? To byłby przykład efektu Zeigarnik, gdyby nie ten przypis. A oto, jak może zadziałać efekt Owsiankiny. Dwa z imion w tytule należały do kobiet wymienionych w tym przypisie. Trzecie – do nieszczęśliwej miłości Pasażera.