Dlaczego trudno być faworytem? Dlaczego przedwczesne wyobrażenie sobie zwycięstwa może przeszkadzać w rzeczywistym odniesieniu sukcesu? Kiedy lepiej odrzucić etykietkę, a kiedy warto ją zatrzymać?

REKLAMA
Polak znów jest aktualnym mistrzem świata w skokach narciarskich. W przeddzień konkursu na dużej skoczni Adam Małysz powiedział: "Kamil to najpoważniejszy kandydat do złota". Takiego samego zdania byt broniący tytułu Austriak Gregor Schlierenzauer. Jak napisał Robert Błoński w portalu Sport.pl: “Stoch kapitalnie wytrzymał wszystkie namaszczenia. Doskonale zniósł rolę faworyta”. Czy jednak bycie faworytem to zawsze obciążenie? Czy niekiedy warto myśleć o sobie jako o kimś, kim jeszcze nie do końca się jest? W przypadku wygranej w mistrzostwach „nie do końca” oczywiście oznacza tyle, co „wcale”.
Gabriele Oetingen przeprowadziła przed laty badania psychologiczne z odchudzającymi się kobietami. Te, które miały wyższe oczekiwania co do tego, ile kilogramów zrzucą, rzeczywiście osiągały lepsze efekty po trzech miesiącach, po roku i po dwóch latach. Ta sama naukowczyni prowadziła też badania nad oczekiwaniami studentów kończących studia co do ich własnych osiągnięć zawodowych. Ci z nich, którzy oczekiwali więcej, rzeczywiście uzyskali wyższy status zawodowy dwa lata po otrzymaniu dyplomu. Kamil Stoch również mierzył wysoko, o czym świadczy choćby jego wypowiedź w dzień przed konkursem: „W czwartek będę zadowolony z medalu. Najlepiej złotego".
Skąd zatem obawy, że rola faworyta, którą wyznaczyli mu Małysz i Schlierenzauer mogła mu zaszkodzić? Jeżeli koncentrujemy się na oczekiwaniach innych osób, zwłaszcza tych, na których sympatii i aprobacie nam zależy, to często brakuje już zasobów poznawczych na optymalną realizację zadania. Gdyby Stoch zamiast koncentrować się na skokach wyobrażał sobie rozczarowanie, którego mógł być sprawcą, być może zacząłby się niepokoić, zdekoncentrowałby się i nie zrobił tego, co zrobił 28 lutego w Predazzo.
Mierzyć należy wysoko, jednak samo wyobrażanie sobie zwycięstwa może być niebezpieczne. Cytowana już Oetingen odkryła, że wyobrażanie sobie przez otyłe kobiety, jak bardzo są atrakcyjne po odchudzeniu się osłabiało ich motywację do stosowania diety i ćwiczeń. Fantazjowanie o czymś przyjemnym jest bowiem samo w sobie na tyle atrakcyjne, że czujemy pokusę, aby zastąpić nim żmudny wysiłek i niedogodności, które związane są z osiąganiem celu. Odchudzenie się i osiągnięcie mistrzostwa sportowego łączy to, że jedno i drugie wymaga ciężkiej pracy, wytrwałości i konsekwencji. Jeżeli więc chcemy sobie coś wyobrażać, to niech to raczej będą czynności, które prowadzą do celu, niż stan po jego osiągnięciu. Mogę się tylko domyślać, że pan Kamil nie oddawał się fantazjom o złotym medalu zbyt często, za to więcej myślał o treningach i tym, co ma do zrobienia dzisiaj, jutro, w najbliższych dniach.
Przedwczesne „skonsumowanie” sukcesu w marzeniach i fantazjach to pułapka, w którą wpada wielu z nas. Jednak istnieją też dane z badań psychologicznych, które wskazują na to, że warto myśleć o sobie, jako o kimś, kim niezupełnie jeszcze jesteśmy. Na pewno zaś nie warto myśleć o sobie źle, czyli w deprecjonujący sposób. Nie tylko pogarsza nam się wówczas samoocena i samopoczucie, lecz także nie jesteśmy motywowani do zmiany na lepsze. Korzystniej jest krytycznie spoglądać na pewne swoje zachowania, nie potępiając się za nie. Załóżmy, co być może nie jest prawdą, że pan Kamil opuścił jakiś trening, bo na imprezie w przeddzień wykonał jeden taniec za dużo i rano czuł się nazbyt zmęczony. Jeśliby zaczął myśleć o sobie, że jest beznadziejnym sportowcem i oddawać się ponurym myślom o swoim rzekomym lenistwie, lekkomyślności i niesolidności, to być może miałby kłopoty z powrotem do normalnej sportowej aktywności. Jeśli jednak jednorazowe odstępstwo od dyscypliny treningów przypisałby okolicznościom, na przykład nieodpartej atrakcyjności partnerki do tańca, to łatwiej byłoby mu zachować dobre mniemanie o sobie, o swoich stałych cechach, a być może nawet postanowić sobie, aby lepiej opierać się pokusom w przyszłości, aby uniknąć zdarzeń, których nie akceptuje.
Jeśli byłoby tak, jak sobie powyżej wyobraziłem, to etykieta „dobrego sportowca”, może nawet „przyszłego mistrza” mogłaby zostać zaakceptowana i zachowana przez skoczka z Zakopanego, pomimo chwilowego okazania słabości. Istnieją przesłanki za tym, że pozytywne etykiety pomagają w doskonaleniu się i stawaniu lepszym, negatywne zaś sprawiają, że zaczynamy stawać się tacy, jacy zostaliśmy przez nie określeni. Nauczyciele określający dzieci w szkole jako „niegrzeczne” czy „leniwe”, nawet jeśli robią to szczerze i z dobrymi, wychowawczymi intencjami, popełniają błąd. Zazwyczaj takie etykietowanie jest przejawem nadmiernego uogólnienia, bo niegrzeczne czy leniwe zapewne nie są ani wszystkie dzieci, ani żadne z nich przez cały czas. Gdyby się uważniej przyjrzeć ich zachowaniu, to okazałoby się, że bywają też grzeczne i pracowite. Dlaczego by więc nie zwrócić uwagi na te, choćby nieliczne, zachowania, które są zgodne z życzeniami i pedagogicznymi aspiracjami nauczyciela?
Otóż, jak wynika z jednego z eksperymentów naturalnych przeprowadzonych w amerykańskiej klasie, dzieci szkolne, którym powiedziano, że są grzeczne rzeczywiście stały się grzeczniejsze. Prawdopodobnie doświadczany przez nie dysonans pomiędzy takim określeniem a własnym „niegrzecznym” zachowaniem był na tyle nieprzyjemny, że zachowanie uległo zmianie. Samospełniająca się przepowiednia zadziałała w tym przypadku także i dlatego, że nauczycielka zaczęła je traktować inaczej, po wypowiedzeniu swojego przychylnego dzieciom sądu.
Oczywiście etykieta nie może pozostawać w jaskrawej sprzeczności z faktami. Wszyscy pamiętamy oburzenia gimnazjalistów w „Ferdydurke” Gombrowicza, którym powiedziano, że „młodzież niewinną jest”. „Co? My, którzy już chodzimy na kobiety”, że zacytuję z pamięci pełną oburzenia odpowiedź. W tym przypadku dysonans miał miejsce pomiędzy zupełnie faktami z życia i przekonaniami uczniów a zupełnie nieprzystającą do nich etykietą.
Zaakceptowanie etykiety, którą ktoś nam narzuci, lecz także myślenie o sobie z własnej inicjatywy w jakichś kategoriach ma więc olbrzymie znaczenie. Kamil Stoch został wytypowany na mistrza przez znawców-praktyków, lecz także sam uznał się za faworyta. Wysokie oczekiwania i etykieta przyszłego zwycięzcy w tym przypadku najwyraźniej nie stanowiły obciążenia, lecz źródło potencjalnego dysonansu, któremu zapobiec można było w jedyny możliwy sposób.
Kamil Stoch został mistrzem świata! Gratulujemy!