Nawet jeśli sfinansowaliśmy alkohol dla tatusia zamiast jedzenia dla dzieci, to trudno. Wyobrażenie, że być może dzieci by miały gorsze święta byłoby zbyt bolesne. Gdyby któreś z nas było, na co teoretycznie pozwala nam wykształcenie, łowcą talentów, to ten wpadłby nam w ręce sam. Był tego wart.

REKLAMA
Krótki postój na stacji benzynowej w Dusznikach. Wiosna od kilku dni, wciąż około zera na termometrze. Pijemy kawę na rozprostowanych kościach, jemy kanapki z topielcem. Ktoś pyta nas: „Jedziecie do Kudowy?”. Kilka metrów od nas stoi facet w moim wieku, może starszy, w zniszczonej ortalionowe kurtce, w brudnych dżinsach, z foliową torbą w ręku. Kiwam głową. „Mogę się z wami zabrać? Ja stąd jestem”. Patrzę pytająco na Elę. Czytam z jej twarzy, że nie. Zresztą nigdy nie zabieramy, myślę sobie, dlaczego teraz mielibyśmy.
Zimno. Człowiek stoi za zaspą kilka metrów od nas i nieznacznie się z tego zimna trzęsie. Albo tak mi się wydaje. „Mogę się z wami zabrać? Ja stąd jestem, za pracą jadę, do Kudowy”. Patrzę na Elę, bo wiem, że nie jest nieprzejednana. Ale sam nie jestem pewien. Nie lubimy obcych w samochodzie. Jednak z Dusznik do Kudowy to jakieś dziesięć minut, może piętnaście po tych krętych drogach.
Kiwam głową. Człowiek wciąż stoi za wałkiem z odgarniętego śniegu i błota, za barierką odgradzającą zatoczkę dla samochodów od części z dystrybutorami benzyny. Pijemy gorzką kawę z termosu. Jest za gorąca, żeby pić ją duszkiem, ale zaczyna nam się spieszyć, bo tam Człowiek stoi i marznie. Nie zbliża się do nas. Dopiero, gdy Ela z uśmiechem mówi: „Zapraszamy” podchodzi i jeszcze raz powtarza, że jest stąd i że do Kudowy jedzie za pracą.
Ruszamy. Do Kudowy jest tak niedaleko, że towarzystwo kogokolwiek będzie do wytrzymania. Z tylnego siedzenia słyszymy, że Człowiek nie ma pracy i od dwóch lat nie może już znaleźć. Że dorywczo łapie się jakichś zajęć na czarno, ale teraz, w zimie trudno. „Rozumiecie, o co chodzi? W lecie to w budowlance coś można znaleźć”. Niedawno tydzień przepracował i prywaciarz mu nic nie zapłacił. Powiedział, że przelew nie przyszedł i nie ma z czego. „I nie ma na takiego rady?”, pytam z nieco wysiloną naiwnością, bo wiem przecież, że takie rzeczy zdarzają się często, zwłaszcza przy pracy bez umowy. Piszemy o tym na Lewica.pl. Radzimy o tym w K.O.P. „A skąd?”, odpowiada Człowiek.
Słyszymy z tylnego siedzenia, że ma żonę i dwoje dzieci, że ona też nie ma pracy i w dodatku choruje. Pytam, znów nieco zbyt naiwnie, czy nie dostają czegoś z opieki społecznej. „91 złotych miesięcznie”, odpowiada. „Nawet i 900 nie byłoby za dużo”, mówię, a on, że „900 to byłoby bardzo dobrze, o, za tyle, to można by żyć”. Temat staje się ciężki, czuję się niezręcznie, Ela chyba też.
Człowiek pyta, czy daleko jedziemy. Gdy słyszy, że do Pragi, zgaduje nieśmiało: „To na taki wypoczynek?” Potwierdzamy zdawkowo. Głośno wciąga powietrze, jakby z zimna. Robi mi się go żal, nie tylko dlatego, że jest za lekko ubrany, ale że my na wypoczynek, a on nawet na autobus nie ma kilku złotych. Dwie godziny musiał czekać, żeby go ktoś na stopa zabrał. Pyta, gdzie pracujemy, domyśla się, że trzeba mieć do tego jakiś stopień naukowy, pyta, czy mamy dzieci. Odpowiadam na wszystkie pytania, na niektóre z pewnym ociąganiem. Człowiek zawsze czeka cierpliwie. Jest uprzejmy. Sam spontanicznie komentuję jego sytuację, Ela też włącza się do tej wymiany. Rozmawiamy z nim.
Nasza sytuacja życiowa wydaje nam się o niebo lepsza niż jego. Myślę na tej krętej górskiej drodze, że nie bardzo mogę mu pomóc, choć chcę. Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to że powinien się jakoś stowarzyszyć, zawiązać z innymi w podobnym położeniu w jakąś grupę, nieformalną nawet, żeby choć ci na czarno zatrudniający czuli jakąś presję. Ale zaraz oddalam tę myśl, bo przecież oni są dla siebie konkurencją. Trzeba mieć wiarę i zaufanie, żeby się zawiązać.
Druga myśl wydaje się rozsądniejsza, choć bardzo minimalistyczna i burżujska. Tylko jak temu mężczyźnie zaproponować pomoc tak, żeby go nie urazić, pozwolić mu zachować godność. „Zaproponuję pożyczkę”, pomyślałem, „choć obydwaj będziemy wiedzieli, że to jałmużna”.
„A może byście tak wspomogli bezrobotnego?, usłyszałem z tylnego siedzenia. „Człowiek nie będzie czuł się urażony”, pomyślałem z ulgą. „Ale nas zrobił”, brzmiała druga myśl. „To może teraz pomożecie, bo potem będę musiał bardzo szybko wyskoczyć?” Gdy usłyszał, że i tak muszę się zatrzymać, zaproponował, żebyśmy go podwieźli w kierunku centrum. Nie pokierował nas pod sam Park Zdrojowy, ale na jakiś parking przy sklepie.
Wysiadłem, ale Człowiek wciąż siedział w samochodzie. Otworzyłem mu drzwi, jak szofer otwiera pracodawcy. Podałem mu banknot. Podziękował i od razu się oddalił.
W samochodzie skomentowaliśmy z Elą: „Niezły jest. Prawdziwy talent. Marnuje się. Niejeden po szkoleniu z technik wpływu społecznego nie byłby tak skuteczny”.
„Ty masz chyba więcej ufności do ludzi”, powiedziała Ela.
„Nie jestem pewien, czy nas nie oszukał”, odparłem. „Może od razu poszedł się napić i teraz śmieje się z nas. Zresztą jedno drugiego nie wyklucza. Mógł mówić prawdę, ale wcale nie być takim dbającym o rodzinę mężem i ojcem”.
Gdy później to analizowaliśmy, Człowiek użył kilku technik wpływu społecznego. Najpierw „stopa w drzwiach” – podwieziecie mnie, to nic takiego, ale jak już jestem w środku, to obciążę was swoimi problemami. Zrobicie dla mnie więcej niż pierwotnie sobie wyobrażaliście.
Po drugie, w tym samym samochodzie, w tym samym kierunku, w gorszym położeniu, lecz z takimi samymi potrzebami, w podobnym wieku, uruchomił coś, co Hornstein nazwał kiedyś „społeczną relacją promującą”. Człowiek sprawił, że poczuliśmy „napięcie promujące”. Chciałem mu pomóc, bo czułem się odpowiedzialny. Czuliśmy oboje, że Człowiek jest jednym z nas, ludzi.
Po trzecie, poczułem współczucie, które skłania do pomocy, jeśli koszty jej udzielenia nie są za wysokie. Sytuacja, początkowo mało dramatyczna, w ciągu kilku minut okazała się znacznie poważniejsza: pracodawca-oszust, głodne dzieci, systemowe bezrobocie.
Po czwarte, to nasze lepsze położenie życiowe uruchomiło w zestawieniu z tragicznym położeniem Człowieka zaktywizowało normę odpowiedzialności społecznej, która nakazuje udzielanie pomocy osobom, których los od nas zależy: słabszym i potrzebującym. Na tej zasadzie pomagamy niekiedy dzieciom, staruszkom, niepełnosprawnym. Dlaczego nie głodnym i bezrobotnym? Zwłaszcza, że byliśmy sami w samochodzie, nie było na kogo rozproszyć odpowiedzialności.
Po piąte, pomogła nam droga: wąska, kręta, może nawet śliska. Absorbowała część zasobów poznawczych, nie pozwoliła rozrosnąć się wątpliwościom, nadmiernie krytycznemu myśleniu. Skupiony na bezpiecznym prowadzeniu samochodu, nie miałem już dość przestrzeni w swoim umyśle, aby rozmowę poddać krytycznej obróbce.
Po szóste jednak i najważniejsze, Człowiek uwikłał nas w dialog. Nie poprzestał na opowiedzeniu o swoim nędznym życiu, ale zadawał pytania, czekał cierpliwie na odpowiedź. Staliśmy się partnerami, a nie kimś, kto w sposób wymuszony wysłuchuje czyichś narracji czy próśb.
Wątpię, aby Człowiek konstruował tę sytuację ze świadomością, zwłaszcza pełną, tych wszystkich mechanizmów. Zgłoszenie przez niego abstraktu na majową konferencję organizowaną w ramach PSPS przez Darka Dolińskiego wydaje się czymś mało prawdopodobnym. Akceptacja tego wystąpienia – jeszcze mniej. Jako praktyk Człowiek okazał się jednak nie do odparcia. Gdyby któreś z nas było, na co teoretycznie pozwala nam wykształcenie, łowcą talentów, to ten wpadłby nam w ręce sam.
I jeszcze jedno. Nawet jeśli sfinansowaliśmy alkohol dla tatusia zamiast jedzenia dla dzieci, to trudno. Wyobrażenie, że być może dzieci by miały gorsze święta byłoby zbyt bolesne. A talent i tak był wart tej pomocy.