Branie narkotyków jest poważnym problemem w wielu krajach, jednak chyba w żadnym innym – nie tak poważnym, jak w Stanach Zjednoczonych. Aż 35 milionów mieszkańców tego kraju przyznaje się do sięgnięcia choć raz po jakąś nielegalną substancję, a na ich zakup przeznaczają pomiędzy 10 a 16 miliardów dolarów rocznie. Odkąd w 1971 roku rząd wypowiedział wojnę narkotykom, wydano na nią jeden trylion (milion milionów) dolarów, a w związku z przestępstwami ściganymi w jej ramach aresztowano 45 milionów Amerykanów. Choć populacja USA stanowi zaledwie około 5 procent populacji całego świata, to aż 25 procent wszystkich więźniów odsiaduje wyroki właśnie w tym państwie. Większość z nich siedzi za kratkami za przestępstwa narkotykowe.

REKLAMA
Powyższe dane z pewnością nie są powodem do dumy i w autopromocyjnych działaniach największego światowego mocarstwa nie są szczególnie eksponowane. Narkotyki, handel nimi, problemy społeczne i zdrowotne, jakie są następstwem ich używania przedstawiane są jednak jako zło, z którym kolejne władze federalne i stanowe starają się usilnie i z wielkim zaangażowaniem walczyć. Niesamowita surowość kar wymierzanych za posiadanie i wprowadzanie do obrotu nie przynosi jednak pozytywnych skutków. Ilość używanych narkotyków i osób cierpiących z ich powodu nie spada. Na pytanie dlaczego tak się dzieje postarał się odpowiedzieć Eugene Jarecki, amerykański dokumentalista. Jego film „Dom, w którym mieszkam” otrzymał nagrodę za najlepszy dokument produkcji USA na Sandance Film Festival oraz wiele innych nagród w 2012 roku. We Wrocławiu – dzięki kameralnej projekcji zorganizowanej przez Klub Krytyki Politycznej – miałem okazję go obejrzeć w „Drugiej Fali” (dawny „Falanster”), przy ulicy świętego Antoniego, patrona rzeczy zagubionych, tematów zapomnianych, kto wie, czy nie opiumowych snów.
Narkotyki nie zawsze były penalizowane. W XIX wieku opium było szeroko stosowane ze względu na jego natychmiastowe efekty „prozdrowotne”: usuwanie bólu, nie tylko egzystencjalnego, poprawę samopoczucia, poczucie szczęśliwości, nietrwałe wprawdzie, ale odnawialne. Ponieważ narkotyzowali się ludzie majętni, nie było potrzeby ich penalizować. Mogli oddawać się uzależnieniu tak długo, jak było ich na nie stać. Zazwyczaj życie okazywało się łaskawe i nie czekało ze swoim kresem do momentu totalnego społecznego i materialnego upadku uzależnionego arystokraty, burżuja czy drobnomieszczanina. Jednak o tym odległym okresie w filmie jest jedynie wzmianka. Narracja – spinana historią murzyńskiej mamy, której dzieci ucierpiały w wyniku wojny z narkotykami – dotyczy współczesności, choć zapuszcza poznawcze macki także w przeszłość.
Główną, bardzo sugestywnie przedstawianą tezą dokumentu Jareckiego jest określenie penalizacji zażywania wybranych przez władze narkotyków jako formy represji etnicznych, rasowych, wreszcie, jak to ma miejsce obecnie – klasowych. Palenie haszyszu zostało uznane za przestępstwo dopiero wtedy, gdy praktykujący je powszechnie chińscy imigranci w USA zaczęli stanowić zagrożenie na rynku pracy dla rodzimych robotników. Podobnie, w latach 1920. i 1930. znaleziono „haka” na Meksykanów, którzy palili marihuanę. Określenie tego zachowania jako niebezpiecznego, a jego zasięgu – jako epidemii, pozwoliło surowo je karać, a w praktyce poddawać naciskom całe mniejszości narodowościowe, represjonować je i kontrolować.
Wprawdzie „kapitalizm nie rozróżnia kolorów” i obecnie coraz więcej bezrobotnych, wykluczonych społecznie białych trafia za kratki za produkcję metaamfetaminy na własne potrzeby, jednak wojna z narkotykami w dużej mierze ma charakter rasowy. Świadczy o tym zróżnicowanie kar za posiadanie, handel i produkcję kraku (kokainy z dodatkiem sody i wody, poddawanej obróbce termicznej) oraz za posiadanie, handel i produkcję kokainy w formie czystej. Relacje te wynosiły 100:1, a więc kary za 5 gram kraku były równe tym za 500 gram kokainy. Ten pierwszy narkotyk jest tańszy i używany przez biedotę, podczas gdy drugi dostarcza przyjemności bogatym.
Jak powiedział podczas obrad legislatury jeden z kongresmenów, pomimo tego, że 51 procent kraku trafia do białych, ani razu nie zdarzyło się, żeby biały trafił z tego powodu za kratki. Polityka narkotykowa wymierzona jest więc w czarnoskórych. Nawet prezydent Obama, dostrzegłszy ten problem zmienił proporcje kar za krak i kokainę, lecz jedynie do 18:1. Jego polityka nie różni się zbytnio od tej, którą prowadzili poprzednicy, niezależnie od ich partyjnego rodowodu. Najostrzejszą retoryką, a także realnymi działaniami charakteryzował się jednak ośmioletni okres rządów Ronalda Reagana. Do wojny z narkotykami zaangażowane zostały wówczas praktycznie wszystkie organizacje i agendy rządowe.
Niesławny z powodu wojny w Wietnamie i afery Watergate prezydent Richard Nixon, prekursor wojny z narkotykami, paradoksalnie wykazywał najwięcej zdrowego rozsądku i dobrej woli, gdyż początkowo ze środków na nią przeznaczonych aż dwie trzecie kierował na programy odwykowe. Z czasem jednak gros środków zaczęto wydawać na tropienie, zamykanie i karanie, w tym budowę i utrzymanie więzień, przypominających raczej obozy koncentracyjne niż ośrodki resocjalizacyjne, korygujące patologię i przygotowujące do adaptacji po ewentualnym wyjściu na wolność.
Obecnie w amerykańskich więzieniach nie prowadzi się terapii odwykowych. Stąd duża liczba recydywistów, zwłaszcza że większość handlarzy narkotykami uprawia tę przestępczą działalność, aby sfinansować swój nałóg. Bardzo często po wyjściu na wolność wracają do tego, co robili przed aresztowaniem. Jeden z pokazanych na filmie skazańców za posiadanie trzech uncji (około stu gram) metaamfetaminy odsiadywał dożywocie bez prawa do wcześniejszego zwolnienia tylko dlatego, że wcześniej dwukrotnie był karany za posiadanie/wprowadzanie do obrotu zakazanej substancji. Wiele kar za przestępstwa związane z narkotykami obwarowanych jest wysokimi dolnymi limitami, na przykład pięciu lat więzienia lub dwudziestu – w przypadku recydywy. Sędziowie, nawet jeśli widzą okoliczności łagodzące, nie mogą orzec łagodniejszej kary.
Jeden z komentatorów porównał zamykanie drobnych dystrybutorów w więzieniach z podobnym traktowaniem sprzedawców niezdrowej żywności w fast foodach. To przecież nie oni są odpowiedzialni za jej wprowadzanie do obiegu, ale ludzie, którzy ich zatrudniają. Jednak bossów ciężej jest skutecznie oskarżyć i ukarać niż ulicznych dealerów. „Kultura brania narkotyków” sprawia, że w gettach, w których koncentrowana jest czarnoskóra biedota, status handlarza narkotyków jest nobilitujący. Jeden z więźniów na filmie opowiadał, że od kogoś organizującego ten proceder chłopcy na jego osiedlu dostawali lody, modne sportowe buty i pieniądze. Nie było żadnej innej drogi, aby zdobyć reklamowane w telewizji rzeczy. Brak alternatyw czynił pokusę „zarobku bez pracy” nieodpartą.
Z drugiej strony na masowej impryzonizacji zarabiają firmy zaopatrujące więzienia, zaś całe lokalne społeczności, niekiedy wręcz miasteczka, utrzymują się z obsługi więzień. Bez nich straciłyby rację bytu, a więc podżeganie do wojny z narkotykami, podsycanie jej leży w ich interesie.
Podobnie rzecz ma się z policjantami. Przestępstwa narkotykowe, a za takie uznawane jest już posiadanie minimalnej ilości zakazanej substancji, są łatwe do wytropienia. Zamiast schwytać, po dużym wysiłku i podjęciu ogromnego ryzyka, jednego niebezpiecznego mordercę lub gwałciciela w miesiącu, policjant w USA słusznie dostrzega szybszą ścieżkę kariery w zatrzymaniu sześćdziesięciu drobnych łamaczy narkotykowego prawa. Nie korzysta na tym wykrywalność poważnych przestępstw, a statystyki walki z przestępstwami narkotykowymi wskazują – dzięki „nadwykrywalności” – że problem istnieje i domaga się dalszych starań ułatwiających awans stróżom prawa. Ponadto możliwość konfiskaty mienia („przejmowania aktywów cywilnych”) w ramach RICO Act sprawia, że nie tylko same narkotyki, lecz także na przykład samochody padają łupem policji. Pozyskane w ten sposób środki umożliwiają dalsze zatrzymania i konfiskaty.
W czasie niemal dwugodzinnego filmu nie ma płaczu czy innych tanich sposobów grania na emocjach widza. Skazani i komentatorzy są rzeczowi i racjonalni, choć ich opinie wydają się niekiedy dosyć dosadne. Sama wojna z narkotykami (War on Drugs) nazwana została „wojną ze zwykłymi ludźmi, a nawet „Holokaustem w zwolnionym tempie”. Obecnie w USA więcej czarnoskórych siedzi – po skazaniu prawomocnymi wyrokami – w więzieniach niż było niewolników w 1850 roku. Milion siedemset tysięcy dzieci ma rodziców za kratkami. Prawdopodobieństwo, że sami tam trafią jest największe w historii.
W filmie przedstawiono między innymi diagnozę wojny z narkotykami, jak zaproponował Richard Louis Miller, psycholog z Uniwersytetu Kalifornijskiego. Punktem wyjścia jest identyfikacja. ze zwykłego problemu robi się wielki, a grupy rozpoznane jako rzekomych sprawców poddaje się ostracyzmowi. Etap drugi polega na tym, że izoluje się ich poprzez poddanie penalizacji ich zachowań (np. brania narkotyków). W trzecim kroku poddaje się konfiskacie ich mienie (tak było z Żydami w hitlerowskich Niemczech, podobnie dzieje się z samochodami, w których znajdowane są narkotyki). Obecnie, zdaniem autora tej analizy, w Stanach Zjednoczonych mamy do czynienia z etapem czwartym – koncentracją. Więzienia pełnią funkcję obozów izolacji wykluczonych ze społeczeństwa członków dyskryminowanych grup. Ostatnim, piątym etapem jest eksterminacja. Historia oferuje wiele przypadków fizycznej eliminacji „wrogów społeczeństwa”. Jak dotąd tym różni się wojna z narkotykami od masowego ludobójstwa, że „winni” nie są masowo zabijani.
Film Eugene Jareckiego poraża swoim chłodem i przeraża alarmującymi danymi. Fakt, że pokazuje także skrzywdzonych przez system ludzi, którzy starają się zachować godność i pogodę ducha, nie osłabia jego pesymistycznej wymowy. Zobowiązuje natomiast do refleksji, do krytycznego przyglądania się poczynaniom państwa, które rości sobie pretensje do miana wzorcowej demokracji, wartej zbrojnego eksportu do Iraku czy Afganistanu, państwa, które często uchodzi za forpocztę światowego postępu. Trudno za ostoję wolności uznać kraj, w którym dąży się do tego, żeby wyeliminować i sprowadzić do roli taniej siły roboczej 15 procent swoich najbardziej dotkniętych przez los obywateli.
Choć film niektórym, zwłaszcza amerykanofilom, może wydać się tendencyjny, to i tak zatrzymuje się w pół drogi w krytyce amerykańskiego systemu penitencjarnego, nie porusza bowiem problemu warunków panujących w więzieniach. Tytuł tego tekstu nie odnosi się przecież wyłącznie do diagnozy postawionej przez Millera. Więźniowie w USA pracują za stawki poniżej 1 dolar na godzinę, w więc wielokrotnie niższe od przeciętnej płacy, którą uzyskiwaliby za to samo na wolności. To jest jednak odrębny problem i może dobrze, że Jarecki nie zajął się nim w trwającym ponad półtorej godziny dokumencie. Nawet bez tego wymowa „Domu, w którym mieszkam” jest wystarczająco mocna.