Magdalena Tuła i Przemysław Witkowski, Wrocław, 1 Maja 2013
Magdalena Tuła i Przemysław Witkowski, Wrocław, 1 Maja 2013 J. Klebaniuk

W ubiegłym roku w słoneczny dzień było wiele radości, spontanicznych przemówień, może dwie setki osób. Niosłem transparent „Pracownicy wszystkich krajów łączcie się”, a Ela w swojej przepastnej torebce butelkę wody mineralnej, aby w razie czego odgonić gorąco, popić nagły napad bólu. Uśmiechaliśmy się do profesjonalnej lustrzanki, bo wiedzieliśmy, że na nas polują, a myślmy chcieli być zwierzyną, poczynić publiczne zwierzenie z naszej lewicowości. Później wziąłem adres mailowy od tego młodego fotoreportera i dopilnowałem, żeby się dobrać do jego portfolio z tego konkretnego dnia. Lans, szpan, ekshibicjonizm. Radość. Satysfakcja po słonecznym dniu. Wcześniej radość z rozmowy z Michałem, Syską oczywiście, przypomnienie o zamówionym tekście, który obiecałem. Wieczorem „lajki” pod naszym z Elą zdjęciem pod Lwami, gdy z zadziornym, przewrotnym transparentem jednocześnie afirmującym i puszczającym oko szczerzyliśmy zęby w okularach chroniących nas od pierwszomajowego słońca. Lewicowiec ze śliczną żoną w mocno średnim wieku pasie się zachwytami nad wspólnym niezramoleniem.

REKLAMA
W tym roku, tym ostatecznym, przełomowym jak każdy, fatalistycznym jak nigdy, 2013-ym roku, pogoda nie dopisała. Wystawiła ideowość na próbę. Pochmurne niebo, 12 stopni, deszcz wiszący w powietrzu, drenujący z energii radości. Smutek. Marsz bez transparentu, ach te bóle wieku mocno średniego, bez dobrej energii, bez radości z rozmowy, pomimo spotkania z Rafałem Bakalarczykiem, z Marcinem Starnawskim, z Ewą Groszewską, wreszcie z młodziutką Marceliną z naszej redakcji, która już po raz drugi wygrała walkę z rakiem. Obok mnie zziębnięta Ela. Ubrała się za słabo, bo uwierzyła w 18 stopni z prognozy synoptycznej, zamiast uwierzyć w 12 żabie na zewnętrznej stronie szyby, żabie, która ukryła w sobie termometr, której wszczepiono termometr, aby ją uzasadnić, którą zabito termometrem, bo była tylko żabą, jak miliony żab na śmieciówkach – duplikowalnych, zastępowalnych, bezwartościowych.
Ludzi przyszło mniej. Czekaliśmy na otwarcie siedząc na ławce z parą starszych ludzi. Mieli dobrze po siedemdziesiątce. Pytali, kto to organizuje, więc pokazaliśmy im Ewę Miszczuk, żarliwą i odważną liderkę, której zaangażowanie, jak rzadko, dodaje z roku na rok kobiecości i seksapilu. Powiedzieliśmy im o Koalicji 1 Maja, o tym, że nie ma nic wspólnego z PZPR, o którą zapytali ze sceptycyzmem, a może mi się tylko tak wydawało. Podpowiedzieliśmy, że mogą wziąć darmową pierwszomajową gazetkę rozdawaną pod Lwami, z lwim pazurem, napisaną, wydaną, rozpowszechnianą przez ludzi o sercu rysim, szlachetnym, lwim, średniowiecznym, niedzisiejszym. Nie wiem, czy skorzystali.
Fotoreporter łowił treści tej gazetki znad Eli. Nie widziałem ich później w Sieci. Może przegrały z krzykliwymi transparentami, z energią marszu, z sensacją kreowaną wokół komunistów przegnanych – cóż za absurdalne naplucie na anarchistyczną ideę przez jej rzekomych akolitów –w zderzeniu z ZSP, Związkiem Syndykalistów Polski, anarchistami, nie – potencjalnymi pro-aparatczykami ze Zrzeszenia Studentów Polskich. Marcin Adam musiał zwinąć sztandar. Anarchiści, świadomie czy nie, skorzystali z kapitalistycznego zakazu propagowania symboli komunistycznych. Stanęli po stronie neoliberalnej władzy. Smutek pogłębiany przez nieodwzajemnianą miłość do czarnego kota na czerwonym tle. Paradoksalnie – stanięcie po stronie komunisty przeciwko „anarchistom”.
Potem były drobne odkrycia. Wśród nich sztandar z fioletowo-czarnym, zamiast czerwono-czarnego, podziałem po przekątnej. Okazał się słusznie skojarzony z anarchizmem, symbolizujący „quieerowo-feministyczno-anarchistyczną” ideologię. Kilkuosobowa grupa dzielnych ludzi, narażanych na ostracyzm z powodu seksualnej nietypowości, wniosła wiele tęczowych kolorów, buntu, radości, przekonania o tym, że nie będą chować się pod stół z powodu własnej odmienności. To wśród nich Ela ma zdjęcie. W swojej białej kurtce wygląda zwyczajnie, ale przecież takich właśnie ludzi broni w szkole, przed złym światem, przed nimi samymi, gdy nie potrafią zaakceptować i pokochać swojej odmienności.
Chór Rewolucyjny z Krakowa pięknie zaśpiewał Warszawiankę. Szkoda, że nie została nagłośniona, choć trochę, tak jak poprzednie przemówienia. Nie było „Rytmów Oporu”, które nieodparcie wbębnią, wgwiżdżą bunt, młodość, szaleństwo. Szkoda że chór ograniczył swoją łaskawość do jednej pieśni na rozpoczęcie. Przecież to właśnie miało zagrzać do marszu, do skandowania, do minirewolucji na Ruskiej, minikamienowania na Kazimierza Wielkiego.
Na Platformie energiczna Magda o nazwisku dobrych znajomych moich rodziców, ulubionych sąsiadów mojego „bejbi brathera” ożywiała zziębniętą demonstrację. Wycofany w myśli idealistyczne, zbuntowane, w poezje nam niedostępne, naddane, Przemek sekundował jej pięścią zaciśniętą i wyrazem, głównie twarzy. To tworzyło pochód, choć hasła z przodu, podawane przez Dawida i – bez szczekaczki – przez Marcina, nie zawsze pokrywały się z tymi z tyłu. Było zimno, Ela marzła. Od rzeczy ważnej tworzyła tym zmarźnieniem swoim ważniejszą.
Gdy wracaliśmy do domu, grzałem jej dłonie swoimi, zawsze ciepłymi, uparcie ciepłymi, kapitulującymi jedynie w przypadkach skrajnych, bliskich nieporadności, zamarcia, śmierci. Po raz kolejny pokonałem ideologię. Pomyślałem, że nie warto kogoś poświęcić dla czegoś. Poczułem się lepszy od tych, którzy dla idei oddalają bliskich, od żon, które w imię wyzwolenia kobiet zdradzają mężów, od mężczyzn, którzy w imię rewolucji porzucają żony. Nie wiem, czy mam rację w takich sytuacjach. Zawsze można rozstać się na godzinę czy na dwie w imię idei, rozłączyć dla podtrzymania autonomii, niezależności, swoiście rozumianego partnerstwa. Ale kto wtedy w autobusie 149 grzałby dłonie Eli?