Kraj obiegła szokująca wiadomość o tym, że setki ton odpadów medycznych, w tym także ludzkich kończyn, wyrostków i innych organów, zamiast zostać zutylizowane, czyli w większości przypadków – odpowiednio spalone, były przez szereg lat rozdrabniane i zakopywane. W przypadku przedsiębiorcy oskarżonego o bezprawną zmianę procedury utylizacji oznaczało to postęp w porównaniu do sytuacji sprzed 2008 roku, kiedy to wywoził odpady medyczne po prostu na wysypisko. Musielibyśmy jednak dać mu co najmniej jeszcze jedną szansę, aby zaczął postępować zgodnie z tym, do czego się zobowiązał. Sąd wymierzając pięć lat temu wyrok w zawieszeniu taką szansę już dał. Skazany nie skorzystał z niej. Mam nadzieję, że drugiej nie będzie. Sądzę też, że – jeśli to możliwe – nie powinien godzić się na dobrowolne poddanie się karze, lecz nadać sprawie odpowiedni rozgłos.
Tanie usługi Kuby Rozpruwacza
REKLAMA
Nie jestem zwolennikiem surowych kar. Uważam też, że prawo w Polsce penalizuje wiele czynów, które przynależą raczej do sfery sumienia niż więzienia. Jesteśmy na przykład jednym z paru zaledwie krajów w Europie, gdzie aborcja jest przestępstwem. Kuriozalne jest także ściganie za obrazę głów państwa czy za bluźnierstwo przeciwko religiom, bo tak należy chyba rozumieć „obrazę uczuć religijnych”. Jednak cwaniactwo, oszustwa gospodarcze, wreszcie narażanie zdrowia i życia innych ludzi – to wszystko często uchodzi płazem zaradnym przedsiębiorcom. Prawo zamówień publicznych wręcz zachęca do szkodliwych zachowań. Gdy najważniejszym, niemal jedynym kryterium wyboru najlepszej oferty jest cena, a urzędnicy rozstrzygający przetargi zagrożeni są kontrolami i karami, jeśli chcieliby, wbrew przepisom, wykazać odrobinę zdrowego rozsądku.
Wizja ludzkich szczątków zmielonych domowym przemysłem i zakopanych w przydomowym ogrodzie sama w sobie wydaje się koszmarna. Przywodzi na myśl szanowanych austriackich czy amerykańskich obywateli, którzy przez wiele lat zwabiali, przetrzymywali i torturowali ofiary, niekiedy zaś zabijali i po rozczłonkowaniu grzebali w ogródkach. Owszem, tamci uśmiercali ludzi, nasi ogródkowi kopacze radzili sobie jak mogli z pooperacyjnymi szczątkami. To jednak w tym przypadku nie jest najważniejsza różnica. W końcu poszpitalnemu utylizatorowi nie stawia się zarzutu zabicia kogokolwiek, a jedynie – narażenia życia możliwością wzniecenia zarazy. Jednak to my, podatnicy, mu za to płaciliśmy.
Wybieranie najtańszej oferty, na którym zasadza się prawo zamówień publicznych prowadzi często do pozornych oszczędności. Dużo energii wkładane jest w sam przetarg, jego prawidłowość, odpowiedzi na protesty i tak dalej. Ale to przecież tylko wstęp do tego, co stanowi istotę zamówienia – do jego realizacji. Praca urzędników powinna być kierowana na kontrolę tego, w jaki sposób kontrahenci wywiązują się z umowy. A w wielu przypadkach nie wywiązują się, bo nie mogą, jeśli nie chcą dopłacać do interesu. Zbyt niska cena, jaką zaoferowali, aby wygrać z konkurencją, nie pozwala na realizację umowy. Zarówno oferenci, jak i instytucje organizujące przetargi, doskonale zdają sobie z tego sprawę. Ci pierwsi wykorzystują fakt, że ci drudzy mają związane ręce. Zapewne bywa i tak, że ze złą wolą mamy do czynienia po obu stronach. Późniejsze aneksy i renegocjacje, znacznie zwiększające ustalone koszty realizacji inwestycji czy wykonania usługi, nasuwają rozmaite domysły i podejrzenia.
Pozorna oszczędność nie ogranicza się niestety do płacenia ostatecznie ceny wyższej niż druga czy trzecia najniższa zaoferowana przez innych uczestników przetargu. O wiele większe, niekiedy trudne do oszacowania, mogą być społeczne koszty niewłaściwego wyboru oferenta w wyniku właściwego stosowania niewłaściwego prawa. W opisywanym przypadku przydomowego utylizatora ludzkich kończyn koszty te mogły przybrać formę infekcji czy nawet epidemii. Z pewnością przybrały formę odczuwanego przez sąsiadów przedsiębiorcy dyskomfortu wywoływanego przez fetor rozkładających się szczątków i substancji organicznych, przez wycie i szczekanie psów, przez całą złowróżbną tajemniczość tych przedziwnych znaków.
Emanacja przedsiębiorczości, z jaką mieliśmy do czynienia u skazanego na wyrok w zawieszeniu biznesmena nie byłaby możliwa, gdyby odpowiednio kontrolowano wywiązywanie się przez niego z umowy. Nie byłoby to potrzebne, gdyby nie dopuszczono go do nowego przetargu jako osoby skazanej przez sąd za naruszanie prawa przy realizacji poprzednich. Tego pierwszego naruszenia nie byłoby zaś, gdyby przepisy o zamówieniach i procedury obowiązujące urzędników w większym stopniu opierały się na przezorności i gospodarności, niż na źle pojmowanej oszczędności.
Wyobraźmy sobie, co stałoby się, gdyby rozpisano przetarg na usługi ginekologiczne i zgłosiłby się do nich Kuba Rozpruwacz. Spełniłby wszystkie wymogi formalne i zaproponowałby świadczenie bezkonkurencyjnie tanich usług. W prywatnych rozmowach robiłby nawet aluzje, że intencje jego niekoniecznie są czyste, jednak złożone dokumenty, zaświadczenia, oświadczenia i poręczenia nie budziłyby wątpliwości. Nie można by odrzucić jego oferty. Realizowałby swoją misję zgodnie z prawem i z pełnym szacunkiem dla portfela podatników. Mógłby zostać dopuszczony do swoich potencjalnych ofiar, bo taka zapewne jest litera prawa. Pozostaje nam tylko mieć nadzieję, że jego duch jest inny niż litera i że afera ogródkowa da do myślenia naszym legislatorom.
Więcej:
Prawo