Liczyłem na to, że dowiem się znacznie więcej o Siergieju Udalcowie, represjonowanym aresztami i zagrożonym wieloletnim więzieniem rosyjskim opozycjoniście. W filmach dokumentalnych poświęconych jednej postaci zazwyczaj znajdujemy jakieś dane biograficzne, wywiady, prezentację poglądów i tego, co dla niej ważne. Tymczasem tutaj ikona lewicowego nieposłuszeństwa wobec władzy Putina pojawiała się na ekranie często i długo, jednak niewiele mówiła o sobie. Większość ujęć pochodziła z sesji z trenerem od przemówień, który podpowiadał i kontrolował, aby przekonująco wypadała mowa ciała i ekspresywność mowy. Treść wystąpienia miała znacznie mniejsze znaczenie, ważniejsze było ogólne przesłanie i emocjonalne porwanie tłumu.
Policja słusznie biła demonstrantów?
REKLAMA
Na wiecach – a pokazywane miały związek z 6 maja 2012, dniem wielkich protestów antyrządowych w Moskwie – charyzmatyczny lider posługiwał się niekiedy dwoma megafonami na raz i schodził ze sceny dopiero siłą ściągnięty przez mundurowych. Nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że budowanie własnej pozycji, dopracowana autoprezentacja i nawiązanie komunikacji z rzeszą protestujących stanowiły jedyne, co Udalcow miał do zaoferowania. Protest wyrażany okrzykami: „Rosja bez Putina!”, „My jesteśmy władzą!”, „Dopóki jesteśmy zjednoczeni, jesteśmy niezwyciężeni!’, „To nasze miasto”, „Putin – złodziej”, „Samozwańczy prezydent!” niósł jedynie negatywne przesłanie. Sama zmiana władzy wydaje się czymś niepełnym, gdy nie stoi za nią alternatywna wizja społecznego ładu lub choćby konkretne postulaty.
Film, choć z bardzo bliska pokazał kilka osób zaangażowanych w głodówkę, ich emocje, rozterki i problemy, pozostawił niedosyt. Nawet zdjęcia z samych manifestacji, choć dynamiczne i dramatyczne, nie kompensowały trudu oglądania. Po projekcji w Dolnośląskim Centrum Filmowym w ramach festiwalu Planete+ Doc odbyła się jednak dyskusja z udziałem reżyserki Jewgieniji Montayyi Ibanyes, którą z rosyjskiego (dla młodszych widzów zapewne było to niezbędne) i której na polski tłumaczyła godna podziwu kobieta o niespotykanie sprawnej pamięci. Dyskusja zrekompensowała niedostatki filmu, nie tyle nawet swoim poziomem, co zaskakującymi komentarzami i pytaniami.
Redaktor Jacek Budrewicz przedstawił uczestników panelu: senatora Józefa Piniora, dawnego kolegę z Solidarności, Jana Andrzeja Dąbrowskiego z szefa Kolegium Europy Wschodniej, „Pana Prezesa, specjalistę w licznych dziedzinach”, młodą autorkę filmu, Rosjankę o egzotycznej dla nas urodzie i mało słowiańskim nazwisku, a także fenomenalną, jak się później okazało, tłumaczkę.
Panowie zgodnie twierdzili, że głównym problemem Rosji jest brak demokracji i to, żeby życie polityczne oraz funkcjonowanie mediów uległo liberalizacji. Wolność funkcjonowania opozycji i możliwość jej wpływu na rządy, a także wolność prasy zdiagnozowali jako te bolączki, które czekają na rozwiązanie. Różnili się tylko w przewidywaniach, jak szybko nastąpią te demokratyczne zmiany. Zdaniem Dąbrowskiego miałby je przynieść oczekiwany przez niego kryzys gospodarczy po spadku cen ropy. W krótkim okresie czasu, zgodzili się dyskutanci, kurs rządzących się zaostrzy, a częściowo już się to stało – w obawie przed powtórką „arabskiej wiosny” w Rosji. Protestujący są represjonowani, a niepokorni, niechętni władzy dziennikarze – nawet zabijani. Nadzieją dla Rosji, kandydatem na następcę Putina jest według Piniora magnat biznesowy Michaił Chodorkowski, niegdyś najbogatszy człowiek w kraju, który mógł bez trudu wyjechać z Rosji, ale świadomie wybrał więzienie, aby w przyszłości walczyć o władzę.
Znacznie mniej ogładzone były głosy z sali kinowej. Wśród nich dały się zapamiętać kuriozalne komentarze dotyczące a to „samców alfa”, którzy zdominowali i rosyjską opozycję, i sam panel dyskusyjny, a to tego, że film był rzekomo niepotrzebny, bo podobne można obejrzeć na YouTube, a to tego, że po co film o tym, skoro jest książka. Nietaktowność i absurdalność tych zarzutów w stosunku do reżyserki, która dostarczyła materiału nawet jeśli nie zachwycającego, to z pewnością oryginalnego i wartościowego, ustępowała jednak kosmicznej wprost naiwności niektórych pytań.
Pewien młody człowiek zadeklarował brak wiary w uczciwość moskiewskich protestów. Sugerował, że policjanci, którzy ciągnęli po ziemi i bili pałami demonstrantów, mieli widocznie ku temu powód, bo przecież materiał filmowy nie zawierał tego, co ci pałowani ludzie zrobili wcześniej. „Tego pani nie widziała” – zwrócił się sceptyk do reżyserki. Uzyskał odpowiedź, że owszem, była na miejscu, sama wraz z operatorką kręciła, omal nie została stratowana, a operator kamery i operator dźwięku przepadli, a sprzęt został utracony.
Inna pani zapytała „z brutalną szczerością”, czy protesty były zgodne z rosyjską konstytucją. Były. Nawet na filmie jeden z protestujących czytał 31 paragraf ustawy zasadniczej pozwalający na pokojowe demonstracje i pikiety. W podobnym tonie był chyba wygłoszony komentarz pewnego Rosjanina. Skąd komunistyczna i socjalistyczna opozycja w kraju o niedemokratycznej przeszłości?
Jeszcze ktoś inny zakwestionował twierdzenie, że wybory w Rosji zostały sfałszowane. Reżyserka potwierdziła informację, że w lokalach wyborczych statystyki wyglądały inaczej niż te podane później oficjalnie. Nie zawsze jednak potrafiła odpowiedzieć na pytania wymagające wiedzy przekraczającej pole działania filmowca. Na przykład, czy lewicowa opozycja w Rosji jest wspierana przez tę z krajów Europy Zachodniej.
Wreszcie jakiś jegomość uznał, że opozycja chyba w Rosji nie jest potrzebna, bo poziom materialny życia w tym kraju podniósł się „kilkukrotnie”, a skoro ludziom żyje się lepiej, to nie będą skłonni zmieniać władzy. Zupełnie jakby nie wiedział, że żyje się lepiej stosunkowo nielicznej grupie biznesmenów i wysokiej klasy specjalistów, zaś bogactwo nie przesącza się, wbrew obiegowym opiniom w dół hierarchii społecznej. Nie ma takiej możliwości zwłaszcza w kraju o bardzo niskich podatkach, olbrzymiej korupcji i rozbudowanych powiązaniach mafijno-biznesowych.
Zastanawialiśmy się z Elą, jak to możliwe, że niektórzy ludzie na widowni polskiego kina wierzą w to, że w Rosji policjanci biją bezbronnych demonstrantów pałkami słusznie, w odpowiedzi na ich przewiny wymierzając im natychmiastową sprawiedliwość. „My wam płacimy, a wy nas bijecie?”, „Jesteście potworami”, „Naziści”, „Prostytutki Putina”, „Kompletnie wam się pomieszało”, „Nie wstyd wam?” – emocjonalnie komentowali brutalność OMON-u (specjalnych oddziałów policji) ludzie protestujący na ulicach Moskwy, wśród nich odważne, zdesperowane kobiety. Czy dyskutant w dawnym kinie Warszawa we Wrocławiu nie słyszał tych okrzyków? Uznał je za reżyserską manipulację? Czyżby wiara w sprawiedliwy świat przesłoniła mu ostrość widzenia?
Chwilami wydawało nam się , że oglądaliśmy inny film niż paneliści i niektórzy widzowie. Jedna z bohaterek filmu, wyjaśniając powody, dla którego zdecydowała się na udział w strajku głodowym w siedzibie „Free Press” powiedziała, że nie chce, aby jej dzieci były bezdomne i nie miały co jeść. Może nie o wolność polityczną więc idzie, a przynajmniej nie tylko o nią. Być może w Rosji obecnie ludzie chcą jednak zmiany władzy po to, by polepszyły się ich materialne warunki życia.
Przecież Panowie Pinior, Dąbrowski i Budrewicz muszą wiedzieć, że z postulatów strajkujących w sierpniu 1980 jedynie nieliczne dotyczyły swobód politycznych. Większość stanowiły bardzo konkretne żądania ekonomiczne. Może więc mylą się co do tego, czego w 2013 roku chcą Rosjanie.
Najsmaczniejsze przyszło w debacie „Dokąd zmierzają Rosjanie?” na samym końcu. Reżyserka spytana przez senatora RP, czy film „Maszeruj i równaj do lewej” był pokazywany w Rosji, odpowiedziała, że dostała nawet nagrodę za debiut. Odebrała ją z rąk ministra kultury! Jak stwierdziła, była zaskoczona nagrodą. My, prawdę mówiąc, raczej nie. Protestujący zostali przedstawieni w filmie jako buntownicy bez powodu, rzucający kalumnie i nie postulujący nic pozytywnego. Sam Udalcow zaś – jako skupiony na sobie, manipulujący i pusty demagog. Może i pokazano protest polityczny w tym filmie, ale w sposób, któremu przyklasnęła władza chcąca pokazać swoją otwartość i respekt dla wolności słowa. Chyba nie takie były intencje twórców filmu.
