W Kongresie USA trwa debata na temat tego, kiedy aborcja powinna zgodnie z prawem być możliwa. Republikanie chcą zaostrzenia przepisów, które nawet w tak konserwatywnym i religijnym kraju pozwalają kobiecie na korzystnie z prawa do decydowania o swoim ciele i jego zawartości. Zmiany miałyby jednak polegać nie na wprowadzeniu zakazu lub warunków, które musiałyby być spełnione, a jedynie na ograniczeniu prawa do aborcji do 20. tygodnia ciąży. Polskim parlamentarzystom daleko do takiej subtelności. Warto jednak przyjrzeć się jednemu z argumentów za restrykcjami wysuwanemu przez amerykańskich „zwolenników życia”.

REKLAMA
Podczas przesłuchania w Kongresie Republikanin z Teksasu Louie Gohmert zakwestionował etyczność decyzji o usunięciu ciąży jedynego przesłuchiwanego świadka Demokratów. Christy Zink opowiedziała składającej się z samych mężczyzn komisji parlamentarnej, jak zdecydowała się na aborcję w 21. tygodniu, gdy testy wykazały, że mózg płodu nie funkcjonuje. Gdyby została – jak przewiduje nowy projekt ustawy – zmuszona donosić ciążę, to dziecko musiałoby spędzić większą cześć swojego życia w szpitalu, przechodząc operację za operacją. Musiałabym donosić i urodzić dziecko, któremu lekarze zgodnie odmówili szansy na normalne życie i doświadczałoby niemal nieustannego bólu (…) Gdyby przeżył ciążę – co nie było pewne – mógłby nigdy nie wyjść ze szpitala. Życie mojej córki także zostałoby nieodwołalnie zranione przez niemal nieustanną nieobecność rodzica - powiedziała Zink.
W odpowiedzi Gohmert, znany z ekpresywnych i pełnych agresji wypowiedzi przeciwko islamskim „terrorystom”, w obronie chrześcijańskich fundamentalistów, tym razem cedził słowa. Powiedział, że jakaś inna para zadecydowała, aby donosić ciążę pomimo wady płodu. Zasugerował, że również pani Zink powinna ocenić zdrowie dziecka dopiero po jego urodzeniu, gdy miałaby je „przed sobą”. Wciąż się zastanawiam, czy nie powinniśmy poczekać, jak zrobiła ta para, i zobaczyć czy dziecko przeżyje, zanim je rozszarpiemy? Tak więc są to sprawy etyczne, są to sprawy moralne..., oceniał kongresmen.
Nie on pierwszy wzbudził kontrowersje sugerując, że po 20 tygodniu ciąży jej usunięcie powinno być zakazane nawet, jeśli jest rezultatem gwałtu lub wykorzystania nieletniej, oraz nawet gdy zagrożone jest zdrowie matki lub gdy płód jest uszkodzony czy w stanie, w którym dziecko urodzi się martwe lub nie ma szans na długie życie. Projekt złożył jego partyjny kolega Trent Franks z Arizony. Zaś inny, Terry England, w podobnej debacie w ubiegłym roku porównał kobiety do farm zwierząt.
Życie daje nam wiele doświadczeń. Mam doświadczenie z odbieraniem porodów cieląt, umarłych i żywych, odbieraniem porodów świń, martwych i żywych... To łamie nam serca, gdy widzimy, jak te zwierzęta rodzą się martwe, odpowiedział England na zarzut, że w myśl nowego prawa kobieta musiałaby donosić ciążę, nawet wiedząc, że dziecko urodzi się martwe.
W Polsce nie mamy tego rodzaju dylematów. Aborcja jest zakazana, a nawet w tych przypadkach, gdy powinna być ze względów medycznych przeprowadzona, lekarze nie chcą jej wykonać zasłaniając się klauzulą sumienia. Niektórzy rzeczywiście mają religijne poglądy, jednak ginekolog-religijny fundamentalista to ktoś, kto wybrał zawód, którego nie powinien wykonywać. To tak jakby żołnierzem chciał być pacyfista, degustatorem win – abstynent, edukatorem seksualnym – ideologiczny przeciwnik normalnej antykoncepcji. Sprawa Alicji Tysiąc pokazała, że w naszym kraju nawet te bardzo ograniczone prawa, jakie mają kobiety, nie są przestrzegane. Możemy się tylko domyślać, że w większości przypadków sprawy nie trafiają do międzynarodowych trybunałów. Odszkodowania nie są w ogóle wypłacane, choć przecież nawet gdyby były najwyższe – nie przywrócą zdrowia matce, nie zrekompensują krzywdy. Rodzice i ich dzieci cierpią i borykają się więc z konsekwencjami bezdusznego prawa.
Debata w amerykańskim Kongresie mogłaby skłonić naszych zapatrzonych w Amerykę parlamentarzystów do refleksji. Czy w imię ideologii warto skazywać kobiety na ból związany z rodzeniem martwych lub niepełnosprawnych dzieci? Czy gehenna ich utrzymywania przy życiu, leczenia, opieki nad nimi nie jest za wysoką ceną dla ich rodziców? Czy niska jakość ich życia i brak perspektyw na normalność nie uzasadniają dopuszczalności aborcji?
Już widzę te zacietrzewione komentarze przywołujące przypadki, gdy ktoś urodził się, przeżył, jakoś funkcjonuje. Nie jest to jednak perspektywa, z której problem patologicznego płodu widać w całej pełni. Decyzja podejmowana po zapoznaniu się z wynikami badań prenatalnych, jakakolwiek by nie była, czyniłaby rodziców odpowiedzialnymi. Ich rozsądkowi I sumieniu pozostawiałaby, czy ryzykować narodziny nieuchronnie kalekiego czy nieuleczalnie chorego dziecka, czy też decydować się na rewolucyjne przedefiniowanie swojego życia. Tak byłoby, gdyby w Polsce prawo dopuszczało podjęcie I umożliwiało realizację takiej decyzji. Obecnie kobieta i jej partner są jednak ubezwłasnowolnieni. Nie mogą uniknąć nieszczęścia, bo tak zadecydowali konserwatywni lub po prostu konformistyczni politycy.
Bólowi, cierpieniu, męczarniom związanym z niepełnosprawnością i nieuleczalną chorobą, poczuciem beznadziejności można zapobiegać nie krzywdząc nikogo. Rozumie to większość reprezentantów narodu niemal we wszystkich rozwiniętych krajach świata, nawet w USA. Może czas, aby i w Polsce miłosierdzie i zdrowy rozsądek zwyciężyły w konfrontacji z religijnym fanatyzmem.