Aktualne doznania i świeże wspomnienia liczą się o wiele bardziej niż to wszystko, co było cudowne i co jeszcze wspaniałego może nas czekać z tą najbliższą osobą. Dopóki jest dobrze, chcemy w nim/nią być. Jeśli jest źle, choćby to trwało tydzień czy tylko dziś, oceniamy całość związku na podstawie bieżących odczuć. Wtedy myśl o rozstaniu przychodzi nam do głowy, a niekiedy staje się realną alternatywą. Zwłaszcza gdy jakaś inna lisica czy lisek wdzięczy się nieopodal nęcąc powabną kitą.
REKLAMA
Dzisiaj w „Małej czarnej” Piotr Najsztub stwierdził, że gdy związek przestaje był przyjemny, to należy go zakończyć zamiast próbować naprawiać. To podejście przypomina wyrzucanie sprzętu gospodarstwa domowego, bo naprawa kosztowałaby więcej niż zakup nowego. Produkcja bubli jest siłą napędową kapitalizmu. Coraz tańsze i coraz gorszej jakości rzeczy produkowane są masowo, a zakupy nowych samochodów i żelazek co kilka lat sprawiają, że rośnie PKB i rządy mogą pokazywać, że gospodarka się rozwija, a obywatele opływają w dostatki. Banki zarabiają na kredytach, a pracownikom zaciska się pętla na szyi i muszą pracować, aby spłacić zobowiązania. Nie są szczęśliwsi, ale podobno żyje im się lepiej. A jak jest w intymnych związkach?
Angażowanie się w nową relację intymną, gdy stara zaczyna działać nie tak jak „za nowości” to próba przełożenia logiki kapitalistycznego nie-naprawiania na rzeczywistość bliskich związków. Kryzysy, które są nieuchronne interpretowane są przez kochanka-konsumenta w ten sposób, że coś się zepsuło i należy zadbać o emocjonalną i seksualną funkcjonalność partnerki. Skoro odpowiedzialność nie jest przypisywana obu stronom, to albo mało użyteczna partnerka stanie się na powrót ekscytująca, co raczej jest mało możliwe, albo trzeba się jej pozbyć i pozyskać nową. To jest logika przerośniętego chłopca, logika nieustannego romansu, w którym ma być podniecająco, przyjemnie, zamiast konfliktów mogą być co najwyżej przekomarzania, a jedyna różnica zdań ma prawo wystąpić w kwestii, od której pozycji zacząć.
Oczywiście współczesne wyzwolone przerośnięte dziewczynki mają tak samo. Porzucanie partnera, gdy coś przestaje działać, uznawane bywa za przejaw emancypacji. Kobiety sięgają po logikę relacji, która kiedyś była przypisywana jedynie mężczyznom. Wcielanie w życie idei równouprawnienia w taki sposób to jednak totalna porażka świata, w którym przywiązanie i lojalność stanowiły wartości. Prymat produkcji przyjemności nad staraniem o wysoką jakoś życia. A przecież równouprawnienie równie dobrze mogłoby się realizować nie za sprawą naśladowania przez kobiety puszczalskich mężczyzn, lecz poprzez dbanie przez mężczyzn o emocjonalną trwałość związków.
Być może Najsztub był tylko po dziennikarsku prowokacyjny i przekorny, a nie płytki i niedojrzały. Rozparty oburącz na redakcyjnej kanapie na szczęście założył nogę na nogę, bo gdyby nie to, jego postawa byłaby już w pełni hedonistyczna. Kontrastowałaby jeszcze bardziej z tematami dyskusji: depresją i rozwodami. Do tej drugiej części została zresztą doproszona Monika Jaruzelska, blogerka NaTemat. Na tle byłego naczelnego „Przekroju” wypadła znakomicie: przypomniała, że związki są unikalne i że trudniejsze okresy są czymś naturalnym, wymagającym rozmów i starań.
Gdyby uznać, że znany dziennikarz rzeczywiście zrywa z każdą kobietą, z którą przestaje mu być cudownie, to może należałoby go pożałować. Nieumiejętność budowania trwałego związku czy rozwiązywania problemów w bliskich relacjach nie rokuje dobrze dla jakości jego życia. Oczywiście nie tylko porzucający cierpi. Zazwyczaj ból odczuwany przez kogoś potraktowanego instrumentalnie, jak produkt, znacznie przewyższa emocjonalne koszty kochanka-konsumenta czy kochanki-konsumentki.
Z perspektywy psychologii społecznej można do nieprzemyślanych zerwań i przedwczesnych rozstań podejść jeszcze inaczej. Życia doświadczamy na bieżąco i w bliskich związkach zazwyczaj przeważają te chwile i dni, kiedy jesteśmy zadowoleni/zadowolone czy szczęśliwi/e. Gdyby zrobić taki bilans dobrego i złego, to w większości przypadków wyszedłby na korzyść związku: namiętność, intymność, bliskość, wyłączność, wsparcie, zachwyt, podziw, poczucie bycia kimś jedynym i wyjątkowym, wzajemne poświęcenie, robienie ulubionych rzeczy razem – to wszystko z nawiązką wynagradza, w obiektywnym rachunku, rozczarowania i zranienia, które się nieuchronnie zdarzają.
Problem polega jednak na tym, że w danej chwili oceniamy związek nie według tego, jak przeważnie bywało ani jak zazwyczaj bywa, lecz jak jest obecnie. Uproszczone myślenie zastępuje nam trudniejszą do przeprowadzenia racjonalną analizę. Aktualne doznania i świeże wspomnienia liczą się o wiele bardziej niż to wszystko, co było cudowne i co jeszcze wspaniałego może nas czekać z tą najbliższą osobą. Dopóki jest dobrze, chcemy w nim/nią być. Jeśli jest źle, choćby to trwało tydzień czy tylko dziś, oceniamy całość związku na podstawie bieżących odczuć. Wtedy myśl o rozstaniu przychodzi nam do głowy, a niekiedy staje się realną alternatywą. Zwłaszcza gdy jakaś inna lisica czy lisek wdzięczy się nieopodal nęcąc powabną kitą. Ten prymat bieżącej chwili sprawia, że decyzje o zakończeniu związku podejmowane są bez szerszej perspektywy, pod wpływem bieżących emocji i wydawanych na ich podstawie sądów. Stajemy się niedojrzałymi przerośniętymi dziewczynami i chłopcami.
Bez względu na to, czy z zawodu jesteśmy miernym pismakiem czy sławnym dziennikarzem, prostą intelektualistką czy profesorką zwyczajną, nasz umysł działa podobnie. Dostrzegamy tylko to, co jest nam dostępne w tej chwili. Trudne pytanie o wartość naszego związku zastępujemy łatwiejszym: czy jest nam w nim teraz dobrze? Odpowiedź bywa zwodnicza. Wydaje się szczerym podszeptem serca, podczas gdy jest raczej błędem poznawczym naszego niedoskonałego umysłu.
Niezależnie od tego, co wynika z badań psychologicznych prowadzonych w Kahnemannowskiej teorii perspektywy, ani też co bywa deklarowane w rzucie telewizyjnej swady czy publicystycznej zadziorności, warto czasem wrócić do „Małego Księcia” i przypomnieć sobie, że oswojony lis przywiązuje się do nas. Staje się nasz, a my jesteśmy zań odpowiedzialni. Gdy zaczyna pachnieć inaczej niż aktualnie potrzebujemy, wciąż jest nasz. Nie stanie się zepsutym żelazkiem, dlatego że nie kręci nas już tak jak kiedyś. Nie marzy też o tym, by ktoś zrobił z niego kołnierz.
