W „Zamku” zobaczyliśmy jak zwykle seksowną i bardzo sprawną aktorsko Martę Malikowską oraz intrygującą, grającą na instrumentach Zinę Kerste. Pierwsza dała popis w nagiej, gwałtownej, niezwykle łapczywej scenie miłosnej w czerwonym Cadillacu. Druga – w świetnie dobranym kostiumie, za pomocą spinających całość melodii – tworzyła atmosferę tymczasowości, przystanku w podróży, sentymentalnego romansu.
REKLAMA
Zamek to moja ulubiona powieść Kafki. Po wielomiesięcznym teatralnym poście apetyt na sceniczne pokazy mi się wyostrzył. Zaproszenie przyszło w samą porę. Smakowitości na Strychu Wrocławskiego Teatru Współczesnego rozpoczęły się jednak dopiero w drugiej połowie spektaklu. W tym sensie można mówić o miłym zaskoczeniu. Początkowo bowiem akcji brakowało dynamiki, relacjom międzyludzkim emocji, a tekstowi wdzięku, który pamiętamy z oryginału. Sceny toczyły się jedna za drugą, nie zmierzając, wydawałoby się, donikąd. Nie wiadomo było, o co chodzi, choć poniekąd chodziło o pieniądze – te obiecane Geometrze K. przez jego niedoszłych pracodawców. Dopiero, gdy zawodowe ambicje spotkały się z miłością i zdradą, klasyczna proza odnalazła się w klasycznych teatralnych grach.
Jestem wolny i nikt nie może mi tego zabrać. Wywalczyłem sobie tę wolność – krzyczał Geometra ze słupa, na który się wspiął. To była ta chwila, gdy wydawało nam się, że mamy do czynienia z autentycznym buntem, takim jak w Parku Gezi w Stambule czy na ulicach Rio de Janeiro w tym niezwykłym, pełnym powodzi czerwcu 2013.
Jednak główny bohater szybko nas rozczarował. Magia władzy i perspektywa kariery sprawiła, że próbował manipulować kobietami, zdradził swoją narzeczoną, podlizywał się Urzędniczce, a początkowy z nią konflikt przerodził się w nadskakiwanie, próbę uwiedzenia. Gdy Giza zdobyła się, pijana, na chwilę szczerości, wyznała, że Klam, postać niemal mityczna i w powieści, i w spektaklu, wygląda inaczej w każdej sytuacji. Kiedy naprawdę rozmawiam z Klamem i czy w ogóle z nim rozmawiam? – wyraził wątpliwość wobec postaci, która symbolizuje ułudną, wyrachowaną, ukrywającą się za maskami autoprezentacji władzę. Klam, który wykorzystuje bez skrupułów swoją pozycję, uosabia całą warstwę społeczną „panów z Zamku”, owych urzędników, których kobiety muszą kochać, kiedy oni się do nich zwrócą.
Opresyjny, hierarchiczny system ujawniał się w nieformalnych zależnościach. Tragiczne konsekwencje odmowy oddania się urzędnikowi przez córkę szewca odczuła cała jego rodzina. Klezmerka Olga, której potulność i uległość tak zezłościła Geometrę, doświadczyła, wraz z najbliższymi, totalnego ostracyzmu. Odrzucenie przez klientów, znajomych i przyjaciół, zerwanie wszelkich stosunków było rezultatem złamania norm posłuszeństwa wobec władzy. Niepisane reguły zostały złamane. Urzędnik miał prawo do seksualnych serwitutów. Odmowa skazała na społeczne wykluczenie nie tylko próbującą zachować godność kobietę, lecz całą jej rodzinę.
Geometra, wędrowiec poszukujący zawodowych i miłosnych spełnień nie obawia się konfrontacji, wręcz dąży do niej. Chciałbym go zobaczyć z bliska, stanąć twarzą w twarz, zobaczyć, jakie wrażenie robią na nim moje słowa – odpowiada na pytanie, dlaczego tak zależy mu na rozmowie z Klamem. Jednak ostatecznie okazuje się słaby. Kochająca kobieta opuszcza go dla nauczyciela, zamiast pracy zgodnej z wykształceniem i aspiracjami, zostaje zatrudniony, z łaski, na posadzie, która w dzisiejszych realiach przyjęłaby zapewne formę jakiejś „umowy śmieciowej”.
Reguły panujące w świecie, do którego dotarł były dla Geometry mało zrozumiałe. Urzędniczka o liście, który dostał od Klama powiedziała, że „rzeczywiste znaczenie ma, ale nie ma znaczenia urzędowego”. Walka o prawa, próba wyegzekwowania wieloznacznej obietnicy, a nawet o zapewnienie sobie dachu nad głową wiązała się z upokorzeniami (Zbyt wiele w życiu widziałam, żebym nie mogła znieść jeszcze i pana widoku; Ta propozycja jest jedynie gestem uprzejmości wobec pana. Woźny jest nam tak samo potrzebny jak geometra). Ostatecznie, gdy opuściła go ukochana i pojawiła się okrutna perspektywa spełniania służbowych poleceń jej nowego kochanka, jedyne dostępne opcje to skorzystanie z groteskowej propozycji zostania pokojówką lub przyjmowanie od Urzędniczki drobnych pieniędzy za udział w jakimś dziwacznym etnicznym popisie wokalno-tanecznym.
Sytuacja doznającego poniżenia protagonisty została podsumowana słowami: Wszystko mogło być inaczej, gdybym nie trafił wtedy do oberży. Tylko czy aby na pewno? Czy po drodze nie czekały inne oberże, inne niemożliwe do osiągnięcia cele? System okazał się przemożny w tym konkretnym rozwoju wypadków. Czy udałoby się pokonać, gdyby okoliczności były nieco inne?
Zamek według scenariusza i w reżyserii Marka Fiedora nie jest do końca ani o zagubieniu jednostki w świecie niezrozumiałych i groźnych wymagań i reguł, ani o relacji „zwykłego człowieka” z władzą, od której dzieli go nieprzemierzalny dystans, ani wreszcie o miłości, niewierności i porzuceniu. Wiele tropów wyciągniętych z powieści nie splata się w spójną historię. Budzi to niedosyt, chwilami nawet znudzenie. Pierwsza godzina to powtarzanie raz po raz podobnych kwestii pełnych „panów z Zamku” i „Klama”. Mało w tym było napięcia i emocji.
Przykrość odczuwana przez widza wynikała także z postaci głównego bohatera, zagranej bardzo nieprzekonująco przez Przemysława Bluszcza. Wytworzony przez niego Geometra K. nie wzbudził ani sympatii, ani współczucia. Rozhamowany, arogancki, egoistyczny mężczyzna, nawet nie przystojny, nie wiadomo w sumie dlaczego cieszył się zainteresowaniem, a nawet przychylnością kobiet. Przemoc, którą wobec nich parę razy ujawnił, dobrze zobrazowała patriarchalne stosunki panujące na podzamczu, jednak sam bohater wydawał się bardzo odległy od Kafkowskiego pierwowzoru. Zabrakło mu może dwóch „pomocników” z powieści, a może i bezradności literackiego pierwowzoru. Złośliwości, którymi raczył kobiety (To coś niezwykłego i wymagającego siły – awansować ze sprzątaczki na bufetową) czyniły Geometrę jeszcze bardziej odpychającym.
Na osłodę widz dostał jak zwykle seksowną i bardzo sprawną aktorsko Martę Malikowską i intrygującą, grającą na klawiszach i na harmonijce ustnej Zinę Kerste. Pierwsza z nich dała popis w nagiej, gwałtownej, niezwykle łapczywej scenie miłosnej w czerwonym Cadillacu, z nogami koniec końców wystającymi wysoko. Druga – w świetnie dobranym kostiumie, za pomocą spinających całość melodii – na przestrzeni całego spektaklu tworzyła atmosferę tymczasowości, przystanku w podróży, sentymentalnego romansu.
W najlepszej chyba, bardzo emocjonalnej scenie Frieda zarzuciła Geometrze K., że ona wszystko robi dla niego, a jemu bardziej zależy na karierze, niż na niej, że związał się z nią dlatego, że była kochanka Klama (jej rywalka Pepi kwestionowała to później, zarzucając jej zmyślenie tej chwalebnej poufałości z władzą). Jeśli uznasz to za korzystne, oddasz mnie Klamowi. A jeżeli on mnie nie zechce, to zacznie się dla mnie piekło, bo będę jedyną twoją własnością i zupełnie mało wartą – przewidywała atrakcyjna eks-barmanka. Narzeczony nie zaprzeczył i zapewne otworzył w ten sposób swojej partnerce drogę do zdrady i odejścia. Próbował sobie racjonalizować to porzucenie. Podejrzenie, że to władza nasłała nauczyciela, by rozbił jego związek z Friedą, wydają się paranoiczne. Opuszczeni kochankowie szukają z dala od siebie wrogich sił, które mogliby obwinić za swoje cierpienie. Zazwyczaj mogą znaleźć jakiś Zamek, aby tam osiedlić emocje, które inaczej by ich zniszczyły.
Powieść Kafki czyta się dobrze dzięki językowemu kunsztowi autora, a także dzięki delikatnej ironii, której nie szczędzi czytelniczkom. Kunszt i ironia gdzieś zniknęły Na Strychu, wieczorem, w czerwcu. Niedostatki dramatycznej adaptacji „Zamku” były chyba nie do uniknięcia, jednak wyraźna zmiana fabuły i dodanie niepotrzebnych elementów raczej nie przysłużyły się scenicznej wersji prozy wielkiego Austriaka. Zgubił się nadrealizm i oniryczna wieloznaczność oryginału. Zamiast tego wyłoniła się – pośród opon, o które potykali się aktorzy, starych dystrybutorów paliwa przywodzących na myśl amerykańskie stacje na środku niczego, barku z lampą mrugającą na piwo i chuć dyskretnej władzy – hybryda uniwersalnej diagnozy społecznej niesprawiedliwości i osobistego dramatu, za małego na tragedię, z pewnością też nie wesołego.
Zamek. Scenariusz i reżyseria: Marek Fiedor, na podstawie utworu Franza Kafki. Wrocławski Teatr Współczesny, Scena na Strychu. Premiera: 22 czerwca 2013.
