Podróż do miejsca, które pozostaje tym naszym do końca życia jest jak spełniona miłość. Niezwykłość i piękno wciągają i sprawiają, że chcemy pozostać tam na zawsze. Powieść Le Clézio jest o zauroczeniu miejscem i ludźmi, lecz także o relacjach międzyludzkich. Oś emocjonalną narracji stanowi emocjonalna i fizyczna bliskość dwunastolatka i jego matki.
REKLAMA
Podróż do miejsca, które pozostaje tym naszym do końca życia jest jak spełniona miłość. Niezwykłość i piękno wciągają i sprawiają, że chcemy pozostać tam na zawsze. Okoliczności zewnętrzne nie pozwoliły na to bohaterom powieści Le Clézio. Konflikt rasowo-klasowy były dla większości przybyszów i miejscowych codziennością. Zamiast traktować, jak inni biali kolonizatorzy, Afrykę jako ląd podbity, tubylców – jako gorszych i pogardzanych, swoje uprzywilejowane miejsce w strukturze społecznej – jako cenny i chroniony skarb, Maou lituje się nad nieludzko eksploatowanymi więźniami i zbliża do murzyńskiej bogini, jej mąż prowadzi badania nad rdzenną mitologią i jej materialnymi przejawami, a syn przyjaźni się z tubylcem i asystuje przy porodzie lokalnej outsiderki. Nie pasują do grona sztywnych i małodusznych obrońców chylącego się powoli ku upadkowi po II wojnie Imperium Brytyjskiego. Ich los jest więc przesądzony – muszą opuścić Onitszę, ukochane przez siebie miejsce i wrócić Europy. Zabierają ze sobą poczęte w tamtym niezwykłym miejscu dziecko. Zgodnie z miejscowymi wierzeniami, należy ono do miejsca, w którym zostało „stworzone”, choćby nawet urodziło się gdzie indziej i choćby nigdy nie dane mu było tam się znaleźć. Zresztą dawna, wciąż na poły pierwotna w 1948 roku osada została dwadzieścia lat później zniszczona przez koncerny naftowe. Przestała być miejscem zapamiętanym przez Fintana i jego piękną matkę.
Stosunki społeczne nie są jednak głównym tematem książki noblisty z 2008 roku. Stanowią tło, owszem dynamizujące niekiedy akcję, jednak dopełniają tylko obraz magicznego miejsca, w którym biali koloniści wciąż są intruzami, a rządzi pierwotna przyroda, nieposkromiona rzeka i nawalne deszcze. A ponad tym wszystkim unosi się aura dawnych mitów i wciąż utrzymywanych wierzeń. Fauna niesie ze sobą znaczenia nieznane obcym, sokoły czy kopce termitów są bogami, których zestrzelenie czy zniszczenie uznawane jest za świętokradztwo i budzi gniew. Znaki na twarzy na trwałe noszone przez pierworodnych synów i córki stanowią odległe echo jednej z legend. Święte miejsce zbudowane jest z czaszek wrogów, a pełne grozy plotki o ludożerstwie i handlu solonym ludzkim ciałem kontrastują z doświadczeniem codzienności takim jak choćby to, które stało się udziałem Włoszki, która po wielu latach rozłąki dołączyła do męża Anglika, pracującego w misji handlowej w tytułowym miasteczku:
„Nigdy nie kochała nikogo tak jak tych ludzi. Byli tacy łagodni, mieli tak świetliste oczy, gesty tak czyste, pełne wdzięku. Kiedy przechodziła przez miasto w drodze na Wharf, dzieci zbliżały się do niej bez onieśmielenia, głaskały po ramionach, kobiety brały ją za rękę, mówiły do niej w tym łagodnym języku szemrzącym jak muzyka” (s. 128).
Powieść Le Clézio jest o zauroczeniu miejscem i ludźmi, lecz także o relacjach międzyludzkich. Oś emocjonalną narracji stanowi emocjonalna i fizyczna bliskość dwunastolatka i jego matki. Oboje znajdują wtedy w Afryce niezwykłe przyjaźnie: on – z czarnoskórym rówieśnikiem Bonym, ona – z Marimą, która przepowiedziała płeć jej dziecka i na pamiątkę której dostało ono imię, przede wszystkim jednak – z Oyą, uciekinierką, byłą prostytutką, uosobieniem bogini z dawnych mitów, z którą połączyła ją przedziwna więź pełna delikatnego erotyzmu. Wszystkie te przyjaźnie rozpadły się, nie zawsze z powodu fizycznej rozłąki; zabicie krewnych młodego Murzyna przez brytyjskie wojsko na zawsze zraziło go do białego przyjaciela. Prywatne potępienie agresji wynikającej z porządków panujących w imperium nie miało nawet szans na naprawienie zerwanej relacji.
Sentymentalizm opowieści przejawia się w opisach przyrody: pełnych aprobaty, tęsknoty, lecz także z trafnych migawkach z uczuć doświadczanych przez bohaterów. Owe miłości i nienawiści, które niekiedy pojawiają się nagle, bez uchwytnego powodu, później znajdują swoje uzasadnienie, niekiedy ciąg dalszy, a w rzadkich przypadkach przekształcają się w uczucia odmienne. Niechęć i niemożliwość zaakceptowania swojego nieznanego przez lata ojca stopniowo ustępuje bardziej złożonej postawie. Aby towarzyszyć mu na łożu śmierci, być wtedy z matką i młodszą siostrą, dorosły już syn rezygnuje z pracy, zostawia narzeczoną i jedzie do kraju, w którym spędził dzieciństwo. Zbliża się poprzez to pośrednio do utraconej Afryki, z której w najgłębszym sensie pochodzi młodsza od niego o trzynaście lat Marima – siostra, do której listy pisał niemal codziennie przez lata nieobecności.
Le Clézio snuje swoją opowieść w pięknym literackim stylu: plastycznym, zmysłowym, nastrojowym. Uderza liczba enumeracji: nazw geograficznych, imion królów, gatunków zwierząt. Nadają one tej niezwykłej relacji wiarygodności. Niby ona jakoś odrealniona, lecz te wyliczane konkrety przydają jej prawdopodobieństwa, przypominają, że jest o czymś, co istniało naprawdę. Nawet mity, które w miarę rozwoju narracji pojawiają się coraz częściej, wyróżnione węższą kolumną tekstu, wplatają się w życie bohaterów, a przy tym pełne są szczegółów niczym z podręczników lub leksykonów. Niespecjaliście trudno weryfikować rzetelność tych informacji, jednak nie edukacja kulturoznawcza była chyba celem pisarza.
Wydawca dostrzegł podobieństwo Onitszy do Jądra ciemności Josepha Conrada, Fortepianu Jane Campion i filmów Wernera Herzoga. Ja miałem jeszcze inne skojarzenie – z ulubioną moją książką Ryszarda Kapuścińskiego – Hebanem, może nawet z jej pierwszymi zdaniami. Tytułem wyjaśnienia na zakończenie przytoczę jeszcze jeden fragment afrykańskiej powieści Le Clézio (s. 130):
„Powolność, właśnie to, ruch bardzo powolny i regularny, jak wody rzeki płynącej ku morzu, jak chmury, skwar popołudni, kiedy słońce napełnia dom, a wszystkie blaszane dachy są już jak ściany pieca. Życie zatrzymywało się, czas gęstniał. Wszystko stawało się niewyraźne, była już tylko tocząca się w dół woda, płynny pień drzewa ze swą mnogością odgałęzień, źródłami, strumieniami ukrytymi w lesie”.
J.M.G. Le Clézio: Onitsza. Przeł. A. Paderewska-Gryza, PIW, Warszawa 2008, ss. 224.
