
„Obecność” miała być filmem, na którym ja, jako niewprawny w horrorach miałem się naprawdę bać, zaś Ela, która ogląda horrory dla, jak to mówią młodzi, beki – jak zwykle bawić. Nudziliśmy się oboje, bo samo nagromadzenie efektów nadnaturalnych i niezłe aktorstwo nie mogło zrównoważyć przewidywalnych dłużyzn i gromady dziewczynek w różnym wieku, które okazały się za małe, żeby coś w nie wstąpiło, więc złe co najwyżej ciągało je po podłodze i skakało na nie z szafy. Odpowiednich rozmiarów dla demona okazała się dopiero ich matka.
REKLAMA
W gruncie rzeczy opuszczenie nawiedzonego domu przez małżeństwo z piątką dzieci w żadnym kraju nie może być zbyt łatwe, a już na takim indywidualistycznym torze wyścigowym, jakim są Stany, musi być wręcz wyjątkowo trudne. Rodzina czy plemienna wspólnota nie służy do udzielania dachu nad głową, a nawet od pożyczek kulturowymi duopolistami są banki (te w zastaw przyjmują domy i auta) i pomniejsze lombardy (zegarki i rodzinne srebra). Ludzie w tarapatach, przykuci do pechowego domu, muszą liczyć na specjalistów, którzy mają „misję od boga”, bo ubezpieczenia nie obejmują nawiedzonych domów – ani te od nieruchomości, ani zdrowotne.
Myliłby się ten/ta, ktoś/ktosia(?) by pomyślał/a, że ateistycznej rodzinie z nawiedzonego domu w pozbyciu się nadnaturalnego licha pomogła jakaś siła kościelna. „Nie zadbaliśmy o to” – odpowiedział ojciec rodziny – kierowca ciężarówki, zapytany, czy ochrzcił dzieci. Konsekwencją tego strasznego „zaniedbania” byłoby to, że demon mógłby grasować po chałupie, aż papież z zamorskiego Rzymu nie wydałby zezwolenia na interwencję egzorcysty z uprawnieniami. Byłoby. Gdyby nie dzielni bohaterowie...
W 1971 roku, kiedy to rozgrywała się akcja filmu, inaczej niż dzisiaj, konieczność oddelegowania egzorcysty najwidoczniej należało dokumentować. Kamera, aparaty fotograficzne z wielkimi lampami błyskowymi, termostaty, a nawet magnetofon Grundig z zewnętrznym mikrofonem – cała ta zaawansowana technika pod nadzorem policjanta (sic!) zaangażowana została do udowodnienia, że chodzi rzeczywiście o moce innego rodzaju, niż skrzypiąca podłoga i przeciąg.
Zanim nadeszła zgoda z Watykanu w hollywoodzkim filmie przedsiębiorczy Amerykanie wzięli jednak sprawy w swoje ręce. „Misję od boga” niezapośredniczoną przez zezwolenie od Papy – w odróżnieniu od tej księżej misji od boga, wymagającej zgody przełożonego – mieli znani wówczas i opisywani w gazetach specjaliści od nawiedzonych domów i aktywnych duchów różnego autoramentu. Przekroczenie przez nich uprawnień w sytuacji zagrożenia życia, a właściwie – wobec możliwości utraty duszy, wydawało się w pełni uzasadnione. Dopuścił się go zgodnie z patriarchalną tradycją mąż, choć żona sekundowała mu dzielnie. I co? Tak, zgadliście, opłacało się podjąć ryzyko, przekroczyć uprawnienia, skorzystać z misji od boga z pominięciem biurokracji przez tego boga ponoć wytworzonej.
Dokonało się więc to, czego świadkami zazwyczaj jesteśmy w amerykańskich filmach. Dobry policjant zabija złego bandytę, bohater zbawia świat, sportowiec trenuje tak długo aż wygrywa, kopciuszek znajduje księcia na „długo i szczęśliwie”, pogromca duchów gromi supermocarnego ducha. Te produkcyjniaki niewiele się różnią od socrealistycznych produkcji z lat 1950., w których brygadzie robotniczej udało się przekroczyć normę czy wybudować dom. Realia kulturowe są inne. Partię zastępuje kościół, wrogów ludu – konkurencja lub demony, trójki murarskie – małżeństwo demonologów.
Jawny absurd istnienia w XXI wieku dobrze prosperującego przemysłu wróżek, astrologów, jasnowidzów, egzorcystów i duchownych źle świadczy o krytycyzmie finansujących go na różne sposoby ludzi. Gdyby faktycznie na początku lat 1970. próbowano zaprzęgać metody obiektywnej rejestracji do udowadniania sił z obcego świata, to – paradoksalnie – dobrze by świadczyło o tamtych czasach. Dzisiaj nikt już takimi drobiazgami się nie przejmuje. Zresztą zbyt dużo wiadomo na temat nieistnienia duchów, aby tracić czas na próby ich nagrywania. Lepiej od razu wywabiać z ciał.
Swoją drogą ciekawe, czy postulujący za swych rządów otwieranie zawodów i rozbijanie profesjonalnych klik, na przykład prawników czy notariuszy, Jarosław Kaczyński, byłby skłonny doprowadzić do otwarcia także zawodu egzorcysty. Każdy mógłby wtedy udawać, że zna aramejski, oprawić jakąś książkę i w sklepie z dewocjonaliami nabyć krzyżyk, by świadczyć usługi tym, którzy nie wierzą w potęgę medycyny i psychologii.
Albo czy konserwatywny Janusz Korwin-Mikke optowałby za wolną konkurencją w fachu egzorcysty? Monopol kościelny musiałby ustąpić na rzecz poszanowania prawa do niczym nie skrępowanej rywalizacji. Na tanie usługi byłoby wówczas stać wierzące matki i ojców chcących zdyscyplinować pociechy, w które wstąpił diabeł. Córka, którą posiadł jakiś szatan, za 50 złotych plus koszty dojazdu, jeśli odległość przekroczyłaby 3 km, zostałaby odzyskana. Syn opętany przez złe moce, po opłaceniu wizyty równowartością dwóch płyt kompaktowych, przestałby słuchać black metalu. Czy nie byłoby pięknie?
