Podwójna dawka Czechowa jednego wieczoru i to w tym samym teatrze to nie lada gratka. Zobaczyć swoich ulubionych aktorów: Frycza, Gajosa i Stenkę nie tylko żywych, nie zdemenciałych, lecz nawet w formie – to dodatkowy bonus. Zobaczyć niektórych w eksponowanych rolach dwukrotnie w różnych przedstawieniach – to już prawdziwy rarytas. Zwłaszcza jeśli wśród nich jest kochająca na zabój dwóch różnych, choć jednako schyłkowych bohaterów atrakcyjna Patrycja Soliman.

REKLAMA
logo
Patrycja Soliman www.filmweb.pl
Opowieść o Żydówce, która porzuciła rodziców i wiarę, by pójść za swoim ukochanym, została wykluczona przez swoich najbliższych, o Żydówce, którą mąż przestał kochać i którą zabiły suchoty i zgryzoty, za każdym razem przemawia do mnie jednakowo. Danuta Stenka w pierwszym akcie „Iwanowa” z radością robiąca fikołki i grająca w duecie z cynicznym hrabią, w drugim sczezła, niczym zatruta śmiertelnym jadem. Z daleka, w trakcie fikołka, wyglądała jak dwudziestolatka. Po emocjonalnym porzuceniu przez męża i otwartej zdradzie jej choroba przyspieszyła, pogalopowała, wgryzła się i już nie odpuściła. Obie sztuki Czechowa były zresztą o niszczącej sile miłości i zazdrości. Obie też kończą się równie tragicznie.
Iwanow, który przestał kochać, stracił wolę życia. „Myśli mi się poplątały. Nie mogę pojąć samego siebie“, tłumaczył się z apatii i bierności. Nawet jego pełen energii przyjaciel, o którym cyniczny Hrabia powiedział: „...myśliciel, wirtuoz, łączy w sobie wszystkie plugastwa tego świata…”, nie zdołał wyrwać go z tego rozległego dołu. Nie udało się to równiesz zakochanej w nim kobiecie, gotowej poświęcić dla niego wszystko, czekać choćby przez lata, jeśliby jego chora żona wymagała jego obecności i opieki. Wydawałoby się, że lepiej kochać, choćby nieszczęśliwie, niż jedynie pocieszać się czyjąś miłością i płynącymi z niej słodyczami. A jednak...
W „Mewie” („Cziajkie”) wzajemnych bliskcih relacji i zgubnych uwikłań jest więcej. Bo też i sam tekst jest bogatszy, równie tragiczny, chwilami uroczo autotematyczny – traktujący o teatrze i pisarstwie. Są w nim i przytaczane za Maupassantem rozważania o literatach branych przez kobiety, o niedyskrecji powieściopisarzy, o przymusie pisania i niedosycie sławy. Sportretowana przez Joannę Szczepkowską zarozumiała i zawistna aktorka nie zawahała się publicznie urazić syna, by zdeprecjonować jego debiutancką twórczość.
Ten zaś, zapewne korzystając ze wzorców reagowania wyniesionych z domu, bardzo łatwo się dał urazić i zabrał swoje zabawki. Został za to zresztą srodze ukarany: utracił miłość młodej kobiety, ambitnej początkującej aktorki. Jej obojętność i pogarda przywiodły go do pierwszej, nieudanej próby samobójczej. Po latach ostateczny cios zadało mu jej wyznanie, że wciąż kocha znacznie starszego pisarza, który ją uwiódł, a potem zostawił razem z dzieckiem („odkochał się”). Tego nie potrafiła znieść nawet przyzwyczajona do wielkiego dramatu rosyjska dusza. Nieszczęśnik skończył podobnie jak Iwanow.
Oba przedstawienia, nie dość, że traktują o pustoszącej potędze nieodwzajemnionego zaangażowania i o dekadencji życia na wsi w ograniczonym kręgu ludzi, w stanie egzystencjalnego niespełnienia, to poruszają też jeszcze jeden istotny temat. Mówią mianowicie o łatwości, z jaką można kogoś zranić, choćby bez złych intencji, niekiedy zaś zupełnie nieświadomie.
Zepsuty i ironiczny, leczący wszystko walerianą lekarz i bon vivant (Paweł Wawrzecki), stanowił ucieleśnienie tego instrumentalnego i nieczułego, zdystansowanego traktowania ludzi („Jacy wszyscy nerwowi. I tyle miłości”). Starszemu od siebie zaledwie o siedem lat Radcy, gdy ten zadeklarował „Chcę żyć!” odpowiedział: „To lekkomyślność. Każdy żywot musi mieć swój kres”. A gdy ten poskarżył się, że nie udało mu się zrealizować żadnego z dwóch marzeń – nie ożenił się i nie został literatem, skomentował: „Być niezadowolonym z życia w wieku 62 lat? Przyzna Pan, że to niemoralne”. Kiedy zaś kobieta, która od dwudziestu lat, będąc czyjąś żoną, była też jego kochanką poprosiła go, żeby nie spotykał się tak otwarcie z innymi kobietami, bo cierpi z zazdrości, odparł: „Dobrze. Mogę się postarać”.
Okrucieństwo wynikające z asymetrii w relacji, zwłaszcza asymetrii świeżo powstałej w pełni przejawiło się też w scenie, w której Trigorin, popularny pisarz, mówi do swojej wieloletniej kochanki, wspomnianej zadufanej w sobie aktorki:
- Jesteś zdolna do ofiar. Bądź moim przyjacielem. Pozwól mi odejść.
- Aż tak Cię wzięło? – zapytała ona, mając świadomość, że jej ukochany mężczyzna zakochał się w aktorce, którą nieszczęśliwym uczuciem darzył jej syn.
- Może właśnie tego mi trzeba – odparł niewzruszony amant.
I na nic zdały się jej zaklinania „Jesteś mój”. Nie działały nawet jej komplementy, którymi zapewne go zdobyła i które dotąd skutecznie wypełniały jego męską próżność. Miłość nowej kobiety, która mogłaby być jego córką najwyraźniej okazała się znacznie atrakcyjniejsza niż wierność, przywiązanie i zachwyt dotychczasowej.
A po dwóch latach i tak do niej wrócił. Ciekawe, czy brał to pod uwagę, kiedy odchodził do młodszej. Czy gdzieś z tyłu głowy nie plątała mu się taka myśl, że jak mu przejdzie, to ta druga i tak wciąż będzie czekała?
W takich chwilach jeszcze mądrzejsza wydaje mi się buddyjska mądrość potępiająca przywiązanie. Pozwolić odejść osobie, którą się kocha i nie czekać na jej powrót – oto sztuka, która udaje się nielicznym. Rosyjska „samodurnost'” bardzo jest jednak odległa od medytacyjnych autosugestii, by życzyć innym, także tym, którzy nas zawiedli, aby byli szczęśliwi i – co jeszcze trudniejsze – cieszyć się ich szczęściem. Namiętna miłość nie akceptuje buddyjskiego postulatu, że należy zrezygnować z oczekiwań wobec innych ludzi, także tych najbliższych i w pełni zaakceptować ich decyzję, gdy zechcą podążyć swoją własną drogą.
Czechowowi należy oddać, że – inaczej niż choćby Prus, najlepszy polaki pisarz tamtych czasów – nie przejawiał w swej twórczości mizoginizmu. To raczej mężczyźni są w jego dramatach albo okrutni, albo głupi, albo słabi. Kobiety zaś – piękne, dobre, wrażliwe, oddane. Co z tego, skoro tak często nieszczęśliwe?
Nieba gwiaździstego nad sobą nie ujrzałem tego wrześniowego sobotniego wieczoru. Prawo moralne we mnie ustąpiło współczuciu. Obie sztuki wystawiane w Narodowym przyniosły tyle niewymuszonych emocji, że zapomniałem o kryształowych żyrandolach złowieszczo zawieszonych w Sali Bogusławskiego i złowróżbnie gęstych reflektorach nad widownią Sceny na Wierzbowej. W obu fabułach śmierć szczęśliwie nadeszła skądinąd.