Rodzice bywają zaborczy. Niektórzy chcieliby zachować kontrolę nas swoimi dziećmi jak najdłużej, najlepiej do końca życia. Materialna zależność sprawia, że nawet najbardziej niepartnerskie relacje potrafią przetrwać i znaczyć życie dorosłych już ludzi przez wiele lat. Gdy dzieciom udaje się usamodzielnić, od tego jak postrzegają rodziców i swoją przeszłość z nimi, zależą rodzaje kontaktów, jakie z nimi utrzymują. Współcześnie trudności na rynku pracy sprawiają, że dwa lub trzy pokolenia mieszkają pod jednym dachem dłużej, niż najmłodsze z nich by chciało. Jednak zazwyczaj dążenie do niezależności przejawia się na wszelkie możliwe sposoby. Dom kipi od konfliktów, a rozbieżność potrzeb i celów utrzymuje chwiejną równowagę. Co jednak działoby się, gdyby perspektywa rodziców i dzieci była wspólna?
Kot jako najgroźniejsze zwierzę
REKLAMA
W filmie Giorgosa Lanthimosa "Kieł",
który parę dni temu pokazała TVP2, rodzice całkowicie izolują troje dorosłych już dzieci. Wszelkie ich potrzeby są w miarę możliwości przykrawane do więziennych niemal, choć luksusowych warunków i zaspokajane. Jedyną osobą z zewnątrz, z którą rodzeństwo ma kontakt jest prostytutka. Ojciec przywozi ją synowi co jakiś czas, by odbyła z nim pozbawiony namiętności, mechaniczny stosunek seksualny. Ta beznamiętność jest szczególnie ważna, bo wszelkie uczucia inne niż te żywione do rodziców byłyby niebezpieczne. Osłabiałyby kontrolę i groziły chęcią dokonania jakiejś rewolucji we wzajemnych relacjach. Nawet kazirodcze kontakty między bratem i siostrami ostatecznie okazują się mniejszym złem, gdyż nie zagrażają integralności patologicznej rodziny.
Świat totalnej mistyfikacji, w którym wychowywane zostały dzieci, hipokryzji ("cipka to taka lampa") i aberracyjnych poglądów z pozoru wygląda na rodzinną sielankę. Rodzice kochają dzieci, a dzieci rodziców. W rzeczywistości ta deklarowana sielankowa wzajemna miłość dzieci do rodziców i rodziców do dzieci nie istnieje. Ich relacja jest pusta - chłodna, podszyta niepokojem, oparta na manipulacji, upiorna. Władza i podporządkowanie zastąpiły opiekę i partnerstwo. My, którzy patrzymy na to z boku, doświadczamy dyskomfortu, ale aktorzy tego przedstawienia raczej nie zdają sobie nawet sprawy, że mogliby żyć inaczej, autentyczniej, pełniej. Możemy nimi gardzić lub ich żałować. Możemy też rozejrzeć się wokół siebie lub poszukać w środku.
Rzeczywistość na zewnątrz ogrodzonej wysokim murem posiadłości jest nieznane i groźna. Dom opuszcza jedynie ojciec, a czyny te, regularne, wydają się niemal heroiczne. Poza selektywnie pokazywanymi w telewizji filmami podtrzymującymi kreowaną wizję rzeczywistości, rodzice nie dopuszczają dzieci do żadnych informacji. Łączność ze światem zewnętrznym nie istnieje, a rozmawiająca w pokoju obok przez telefon matka "mówi sama do siebie". Relacje kobiety z zewnątrz z córkami jej pracodawców są oparte na seksualno-gadżetowej wymianie. Gdy jej granice zostają przekroczone, a kliszowe sceny z filmów wideo stwarzają wyłom w tym w pełni regulowanym przez rodziców życiu młodych kobiet. Reakcja ojca-despoty jest gwałtowna. Przemoc pozostaje ostateczną sankcją. Nie tylko mury stanowią o charakterze więzienia, lecz także kary pozostające w dyspozycji strażników.
W świecie, w którym przelatujące samoloty spadają do ogrodu w postaci zabawek wielkości kartki papieru, ryby w basenie wymagają odłowienia przez mężnego tatę uzbrojonego w harpun, dzieci zadają sobie rany, by je opatrzyć i uczą się udzielania pierwszej pomocy topielcom, a kot jest drapieżnikiem, którego odstraszyć może jedynie szczekanie na czworakach, rodzina stanowi jedyną ochronę przed licznymi zagrożeniami.
Kłamstwo zostało przez filmowe dzieci w pełni zaakceptowane. Nie znają innej rzeczywistości niż ta, w której nawet piosenkarz z płyty to rzekomo ich własny dziadek, opiewający - w nieznanym im angielskim - zalety miłości rodzicielskiej, a dom opuścić można jedynie w samochodzie, gdy wypadnie kieł, lewy albo prawy, zaś samochód prowadzić - gdy kieł ten odrośnie.
Niemożliwe u młodych ludzi magiczne zdarzenie może stać się jednak możliwe. Czyż nie jest kuszące wyrwanie się z emocjonalnej niewoli, w której rodzice straszą, że matka (w wieku już raczej poprokreacyjnym) urodzi bliźnięta w ramach kary za złe zachowanie dzieci dotychczasowych? A ból, cierpienie, niebezpieczeństwo? Cóż. Za zmianę zawsze płacimy jakąś cenę.
Film Lanthimosa można też odbierać inaczej niż jako hiperbolę rodzinnej patologii i psychotycznie zdeformowanej więzi. Przekonania każdej i każdego z nas są, pomimo dostępności Internetu i niemal nieograniczonych kontaktów z ludźmi, jednak silnie tendencyjne. Więzi z rodzicami, jeśli zostały zerwane lub są pozbawione patologii, bywają zastępowane silnymi postawami. Idee niekiedy nam otwierają nowe perspektywy, jednak często też ograniczają.
Komunizm czy neoliberalizm, ksiądz-pedofil czy lewak-wywrotowiec, nacjonalista czy anarchista - każdy może pełnić dla nas funkcję kota z "Kła". Jeśli zaczynamy szczekać na czworakach, to sygnał, że może warto wybić sobie ten ząb, lewy lub prawy, który przeszkadza nam w obudzeniu się i zobaczeniu świata z innej perspektywy. A że będzie bolało? Trudno.
