Katarzyna Chlebny w spektaklu "Fantazja Dolorosa"
Katarzyna Chlebny w spektaklu "Fantazja Dolorosa"

Tegoroczny Międzynarodowy Festiwal Teatralny Dialog rozczarował nie tylko mnie i Elę. Znacznie mniej było spektakli poruszających, wybitnych artystycznie czy choćby tylko konsekwentnie poprowadzonych. Brak kompletu na widowni czy widzowie wychodzący w trakcie to niezbyt dobre wskaźniki entuzjazmu. Zabrakło teatrów z Rosji i z Holandii, które w programach poprzednich edycji stanowiły wyróżniające się punkty lub wielokropki. Niedosyt nie oznacza jednak, że w ogóle nie było smakowitych kąsków. O jednym już pisałem („Jajecznica jest gotowa!"). Do ostatniego dnia wydawało mi się, że nic lepszego mnie już nie czeka. A jednak...

REKLAMA
Poczucie, że to już koniec festiwalu dała rozciągnięta niepotrzebnie do dwóch i pół godziny Szekspirowska „Burza” wyreżyserowana przez Maję Kleczewską. Wiele oryginalnych pomysłów wrzuconych do jednej inscenizacji nie zagrało wspólnie. Perseweracje złoszczącego się zazdrosnego ojca-tyrana czy ekshibicjonistyczne zabieganie o maksymalizację przyjemności przybierały formy dosadne, chwilami przesadne. Ewakuacja starszych pań umożliwiła mi ułożenie nóg w pozycycji neutralnej (widowania w Starej Zajezdni Tramwajowej nie była dużo znośniejsza od tej na głównej scenie WTW – obie jakby zbudowane dla ludzi małych, z czasów elżbietańskich, gdy średnia wzrostu dorosłego wynosiła półtora metra) i to polepszenie fizycznego komfortu rekompensowało niedostatki przedstawienia. Jednak i tak pozostaje rozczarowanie tanim efekciarstwem seksualnie podlanej ohydy, no i teatralnie przerysowaną niewygodą plastikowych pup-pułeczek. Zachciało się teatru? Cierp, przyjemniaczku!
Starsze panie, zahartowane na wojnach światowych, w kryzysach, chorobach i wnukach, wyszły jednak nie dla nadmiaru niewygody. Wyszły, bo nie mogły znieść języka plugawego, suplementowanego plwaniem plwociną i nadżutym jedzeniem, strzykaniem piciem ogrzanym w ustach, metaforycznymi substytutami ejakulatu przepluwanego z ust do ust w wymyślnych metaforycznych scenach, ostentacyjnie miłosnych. Starsze panie dzięki zapobiegliwej ewakuacji uniknęły widoku nagich genitaliów, choć kto wie, może przystojne ciało mężczyzny, który mógłby być ich wnuczkiem wynagrodziłoby im dyskomfort niekulturalnej kultury. Tymczasem wyszły niepokojone przez chama (z roli, oczywiście, nie z charakteru), który skierował się ku nim w plugawej swojej postaci i na odchodne wypowiedział starszym paniom te o to słowa: „Trochę się człowiek pobawi i już się obrażają”.
Najbardziej poruszającym momentem w trakcie tego nowoczesnego spektaklu, którego ekshibicja i transgresje powiększane były na telebimie („mamy co pokazać, więc powiększamy” – zdawała się mówić dumna autorka), okazało się żałosne zawodzenie kilkuletniej dziewczynki. Jej rozpacz wywołało spustoszenie wywołane przez tytułowe zjawisko atmosferyczne: pustka zawiana pisakiem, martwe ciała, spotęgowany bałagan wśród rekwizytów. Podawano tej wrażliwej istocie chusteczki. Rozglądano się po widowni za duszpasterzem, który by pocieszył to dziecko niewinne w strapieniu, ale musiało się zadowolić przytuleniem do matki. Nawet jeśli był jakiś pasterz w cywilnym ubraniu, to udał się na dwór, za potrzebą duchowego spokoju, bez grzechu i bez pokus.
„Burza” nie była jedyną okolicznością, w której nie wszyscy widzowie umieli się zachować. W czasie „Odgłosów ognia”, rzeczy o meksykańskich ruchach lewicowych lat 1960., aktorzy zaproponowali pewnemu panu z pierwszego rzędu, żeby wyszedł, jeśli dalej zamierza rozmawiać. Jeśli rzeczywiście ostemtacyjnie używał telefonu komórkowego, być może by okazać lekceważenie, prawdopodobnie niezgodnej z jego poglądami tezie sztuki, to słusznie został wyeksponowany w dosyć gwałtowny sposób. Scena akurat była o terrorystach, więc ostra interwencja aktorów wpisywała się w klimat. Przykre było to, że zestrofowany jak dzieciak pan towarzyszył na widowni pewnej znanej aktorce. A ta chyba wiedziała, jak bardzo niestosowne jest przeszkadzanie grającym kolegom i koleżance po fachu. Zwłaszcza w tak kameralnej przestrzeni, gdzie widzów z pierwszego rzędu nic nie dzieli od sceny, a od aktorów tylko parę metrów.
Wszelkie możliwe do przekroczenia bez łamania prawa granice przekroczyła autorka monodramu „Macabra Dolorosa albo rewia dada w 14 piosenkach z monologami” w reżyserii Pawła Szarka. Siadała na kolanach mężczyznom, prawiła im niewyszukane komplementy, malowała widzom czarne kropki na czole, pytała zaproszonego na scenie karła czy jest „karłem z urodzenia” i jak się z tym czuje, kazała klęczeć młodej dziewczynie, a później wstać i nie poniżać się, rastfariańsko uczesanemu młodzieńcowi powiedziała, że ma „ścierwo na głowie”, skrytykowała sposób ubierania się, wypomniała wiek i nieuregulowane brwi („kotylion” na czole ponoć dobrze się z nimi komponował) Magdalenie Środzie. Odgadła też tożsamość seksualną geja i odesłała go na miejsce. To jednak były tylko niewinne wygłupy. Cały spektakl był bowiem o czym innym.
Dzieciobójstwo w bunkrze Hitlera pod sam koniec wojny zostało przez Katarzynę Chlebny artystycznie wyekspoloatowane na różne możliwe sposoby. Umiejętności aktorskie, niezwykła charakteryzacja, sprawność ruchowa i możliwości wokalne, które zademonstrowała zostały użyte do realizacji genialnego programu. Oryginalny muzycznie i zaaranżowany znakomitą grą świateł spektakl magnetycznie absorbował uwagę i przez większą część czasu po prostu fascynował. Teksty piosenek i recytacji poruszały głębokie i mroczne obszary ludzkiej kondycji. O śmierci mowa była zarówno z powagą, jak i – nawet częściej – z czarnym humorem i makabryczną ironią. Związki przywiązania i miłości z mordowaniem wydawały się zupełnie naturalne. Tło w postaci chorej ideologii i niedokończonego ludobójstwa doskonale dopełniało atmosfery spektaklu.
Warto było doczekać do ostatniego dnia Dialogu 2013. A niewiele brakowało, by piątkowe popołudniowe korki pozbawiły nas tego przeżycia. Dziękujemy, Pani Katarzyno!