"Nie chciałam nikogo bulwersować. Po prostu moim zdaniem nie ma nic złego w przerywaniu ciąży i chciałam ten zabieg odtabuizować. Chciałam umożliwić dyskusję na temat prawa do przerywania ciąży. To była w pełni przemyślana wypowiedź" - powiedziała Katarzyna Bratkowska. Trudno nie stanąć po jej stronie. Jednak postawy przeciwników aborcji nie zmieni. Co najwyżej przewietrzy trochę język.
REKLAMA
O ile mi wiadomo, żadne naukowe badania psychologiczne nie potwierdzają rzekomych negatywnych konsekwencji aborcji dla kobiety. Tak zwany syndrom poaborcyjny to wymysł katolickich ideologów, którym wtórują "katoliccy psychologowie" i "katolickie psycholożki". Po dokonaniu aborcji kobiety doświadczają więc ulgi. Poczucie winy, jeśli staje się ich udziałem, wynika z wmówienia w nich przez religijnych ideologów, że kogoś zabiły.
W rzeczywistości unikając urodzenia niechcianego dziecka kobieta nie tylko oszczędza sobie stresu i skierowania życia na inne, niechciane tory. Oszczędza tym, niemal zakazanym w polskich realiach, aktem także trudnego losu dziecku, które już na starcie będzie niechciane, i do którego może mieć w przyszłości żal, że pokrzyżowało jej życiowe plany.
Alternatywą jest oddanie niemowlaka w nieznane ręce. Nie ma żadnej pewności, że życie takiego dziecka będzie lepsze, a cierpienie mniejsze. Decyzja o aborcji jest więc decyzją o zaoszczędzeniu cierpienia sobie i - potencjalnie - jeszcze komuś. To szlachetna, moralna decyzja. W konserwatywnym kraju to także akt odwagi cywilnej, choć mam nadzieję, że nie - okupionego społecznym wykluczeniem bohaterstwa. Trzymam też kciuki, w kontekście ataków na panią Katarzynę, żeby nie było to męczeństwo.
Polska jest szczególnym miejscem, bo perspektywy zawodowe dla matek z małym dzieckiem są marne (jedna trzecia polskich miejsc pracy to "śmieciówki"), wsparcie materialne państwa dla matek - nikłe, a dostępność żłobków i przedszkoli - bardzo ograniczona. Możliwość dokonania aborcji z przyczyn społecznych wydaje się naturalną konsekwencją takich warunków. Oczywiście lepiej byłoby zapobiegać niż rozwiązywać problem. Powszechna wczesna edukacja seksualna i propagowanie skutecznej antykoncepcji, które mogłaby ograniczyć liczbę niechcianych ciąż, są jedak w Polsce niemożliwe, bo wpływowa instytucja, która potępia aborcję, potępia także zapobieganie zachodzeniu w niechcianą ciążę.
Z ciężkim sercem piszę to wszystko. I nie tylko dlatego, że czuję się bezradny. W liberalno-lewicowym środowisku to są oczywiste oczywistości, wręcz banały. Ważniejsze jest pytanie, jak dotrzeć z tym przekazem do nieprzekonanych, wyzwolić racjonalną dyskusję w sferze zahaczającej o irracjonalne wartości. W jaki sposób przekonać kogoś do swoich racji?
Nie jestem pewny, czy Katarzyna Bratkowska, niewątpliwie zainteresowawszy tematem media i odbiorców, także kogoś przekonała. Aby wywołać zmianę postawy, nasz przekaz nie może być ani tożsamy z poglądami przekonywanego, ani nadmiernie odległy. W pierwszym przypadku nie ma bowiem czego zmieniać, bo postawa odbiorcy jest taka sama jak nadawcy, w drugim zaś - argumenty są odrzucane jako zbyt rozbieżne i niemożliwe do przyjęcia. Problem w tym, że postawy wobec aborcji są silnie spolaryzowane, tzn. albo jesteśmy za jej dopuszczalnością, albo przeciw. Wszelkie przekonywanie osoby o przeciwnym poglądzie, "pro life" przez "pro choice" i vice versa, skazane jest na niepowodzenie.
Pozostają ci nieliczni, którzy nie mają zdecydowanego stanowiska. I w tej kwestii medialna dyskusja o "aborcji na wigilię" moim zdaniem przewietrzyła trochę polski konserwatywny sposób mówienia o "tej sprawie". W badaniach prezentowanych podczas Seminarium Tajfelowskiego w 2011 roku Małgorzata Mikołajczak, psycholożka z Uniwersytetu Warszawskiego, w referacie "Płód czy dziecko - język pro-life i pro-choice a przypisywane człowieczeństwo" przedstawiła wyniki swoich badań, w których wykazała, jak ważną rolę odgrywa język używany do mówienia o aborcji. Kluczowe okazywało się nazywanie rozwijającego się w łonie zarodka "płodem" albo "dzieckiem". Osoby o umiarkowanej postawie wobec dopuszczalności aborcji, czyli te, które nie były zdecydowanie "za" ani "przeciw" po zapoznaniu się z relacją, w której mowa była o "płodzie" miały bardziej przyzwalającą postawę wobec usuwania ciąży, niż te umiarkowane w pierwotnym poglądzie osoby, które zapoznano z tą samą relacją, różniącą się jednak pod jednym względem: słowo "płód" zastąpiono słowem "dziecko".
Używanie mniej emocjonalnego, bardziej adekwatnie opisującego rzeczywistość języka to minimum, o które możemy zabiegać. Chwała Bratkowskiej i znacznej części dziennikarzy, którzy mówili o "aborcji" czy "zabiegu" i wskazywali na to, że jednak "usunięcie zarodka" to coś zupełnie innego niż "zamordowanie nienarodzonego" czy "zabicie dziecka", jak chcieliby katoliccy ekstremiści. Wydaje się, że przynajmniej w tym zakresie pani Katarzyna osiągnęła swój cel. W mediach pomówiono choć przez kilka dni normalnym językiem o aborcji i prawach kobiety.
