Ludzie wkładają do swoich naturalnych otworów różne rzeczy: tampony, czopki, pikle. Niektóre z nich później wyjmują, inne zaś w formie przetworzonej wydalają. Czynności te rzadko stają się przedmiotem zainteresowania twórców kultury wysokiej. Wydają się trywialne, niektóre wręcz niesmaczne, a ich pokazywanie ograniczane jest do instrukcji na aptecznych ulotkach i narracji telewizyjnych reklam. Jednak w pewnych rzadkich przypadkach, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z obiektami twardszymi niż środek intymnej higieny i płynniejszymi niż marynata, oczywiste przestaje być oczywiste, a znane prawidłowości, przewidywalne i banalne z natury, ustępują porządkowi ewenementu i ekscentrycznej nadmiarowości. Takie właśnie perły wydobył z odwiecznej macicy rzeczywistości Maciej Masztalski, autor i reżyser najnowszej produkcji Ad Spectatores.
Korale wpełzły o świcie
REKLAMA
Służba zdrowia była wdzięcznym tematem polskich humorystów od wielu dziesięcioleci. Klasyką jest seria radiowych scenek Ewy Szumańskiej Z pamiętnika młodej lekarki z nieodżałowaną rolą Jana Kaczmarka jako „pacjęta”, który „rozciągał się na leżance i nie oddychał”, poczem „kładł kopertę na parapecie”. Pomimo zmiany ustroju problem łapówek nie zanikł, a sankcjonowana przez kapitalizm chciwość prowadzi wręcz do jego eskalacji. Skrajnym jej przejawem stanowiłaby prywatyzacja służby zdrowia, gdzie łapówki mają cenniki, podlegają reklamom i prawom rynku, są opodatkowane i stają się tematem dumnych przechwałek na walnych zgromadzeniach akcjonariuszy tak zwanych podmiotów rynku usług medycznych.
Ujawniony w Pięćdziesięciu z Fukushimy stosunek do służby zdrowia, ogólnie krytyczny, nie został opatrzony nikłym choćby, jednoznacznym komentarzem. Jedyna w miarę poważna scena odśpiewania piosenki o systemie ubezpieczeń społecznych miała trudne do wyłuskania, może nieobecne, przesłanie. Trzeba jednak przyznać, że odśpiewane bardzo ładnie, aktorsko, niemal operowo przez Martyną Witowską.
Diagnoza polskiej służby zdrowia nie była chyba jednak autorskim zamiarem Masztalskiego. Kolejki na pogotowiu, brak zainteresowania i współczucia ze strony lekarzy i pielęgniarek, tak zwane błędy podczas operacji – wszystko to znamy i odpowiednio cenimy. Zresztą na podstawie choćby nawet bardzo licznych anegdot nie można formułować wniosków. Większość z nas ma przeważnie dobre doświadczenia, choć te złe bardziej zapadają w pamięć.
Przekonali się o tym bohaterowie sztuki, którym zdarzyły się różnego rodzaju niewygodne niemożliwe do samodzielnego usunięcia immisje. Żarówki, rurki hydrauliczne, puszka piwa czy telefon komórkowy to nie przelewki, gdy trafiły w zakamarki przeznaczone na czopki i pikle. Fachowa pomoc udzielona w takim przypadku może stać się atrakcyjna scenicznie przy spełnieniu pewnych warunków brzegowych. Pierwszym z nich są nogi rozkładane przez Aleksandrę Dydko, drugim – nurkujący między nie mężczyźni. Tym razem obyło się bez prób unasieniania w klinice na Biskupinie (a może na Tarnogaju) ani nawet bez francuskiej miłości pod prześcieradłem. Choć więc sceniczna poza dyżurnej słodkiej blondyny wydawała się znajoma, to semi-sekretne manipulacje miały charakter o wiele mniej typowy.
Tutaj nastąpiło cięcie, gdyż nie chcę zdradzać zbyt dużo z fabuły czy raczej minifabułek, z których zbudowane zostało przedstawienie. Zasygnalizuję może jedynie, że w Pięćdziesięciu z Fukushimy znajdą coś dla siebie miłośnicy piwa, kobiety noszące korale lub rozważające taką możliwość, a także młodzi u progu dorosłego życia, wahający się czy obrać karierę laryngologa, stomatologa czy weterynarza. Przedsiębiorczy konsumenci, którzy – jak siedmiu na dziesięciu użytkowników – zmienili sieć, zobaczą na pocieszenie, że nie tylko oni w środku dużego miasta mają problemy z zasięgiem, a przecież czasem trzeba złapać połączenie, zanim coś się urodzi i będzie można zrobić „słit focię”.
Podobnie jak w innych sztukach Ad Spectatores także w najnowszej dostajemy dobre, komediowo przerysowane aktorstwo, absurdalne zderzenie patosu i grubego humoru, a także wiele mniej lub bardziej świeżych pomysłów na skecze z werwą zrealizowanych dzięki brawurowej grze. Za dużo to na farsę, za mało na inteligentną komedię, jednak w sam raz dla miłośników czarnego humoru i talentów zespołu wrocławskiego teatru. Można się było szczerze pośmiać z kłamstw niedopieszczonej damy czy perwersyjnego hydraulika, z głośnych dowodów bolesności myślenia, z niepohamowanej woli dokonywania profesjonalnych transgresji przez medyków, wreszcie z widelca, który przezornie nieusuwany z szyi przez cały czas sterczał, symbolizując zachowawczy charakter niedofinansowanych procedur medycznych polskiej służby zdrowia.
Odnotowania jest warta bardziej profesjonalna aranżacja i wyposażenie sceny Ad Spectatores. Widzowie mogli poczuć się bardziej komfortowo dzięki ogrzewaniu innemu niż przypominające dymiący piecyk. Krzesła z oparciami umieszczone rząd nad rzędem pozwalały widzieć więcej tym z dalszych, a dzięki zachowaniu minimum proscenium nikt z pierwszego nie drżał o to, czy zachowa zdrowy ząb lub czy łakomy doktor medycyny nie połknie mu migdałków. Nie można było wprawdzie poczuć zapachu piwa ani smaku tryskającej krwi, ale i tak dewiza zawarta w nazwie Grupy Artystycznej pod wezwaniem Calderona została zachowana.
Ucieszyć może także fakt, że te zbytki i luksusy nie zepsuły komedianckiej trupy, nie zabiły ducha, nie wydały ciał na rozleniwienie. W heroicznej roli wystąpił Marcin „Ja Nie Myślę Bo To Przeszkadza w Przepychaniu Rur I W Ogóle Przeszkadza Jeśli Pan Wie Co Mam na Myśli” Chabowski, który za miłość do zwierząt i koneserstwo rodzinnych rurek zapłacił wysoką cenę. Energicznie w rolę wąsatej Siostry Empatii wcieliła się Anita „Co Wy Mężczyźni Możecie Wiedzieć O Gospodarce Hormonalnej Kobit” Balcerzak, która poświęciła swoje życie „za umowę o dzieło, bo moja służba jest dziełem”. Z lubieżną radością poszerzał pole swojej medycznej ekspertyzy Arkadiusz „Albo Boli Jak Szlag Albo Chujowy Z Pana Stomatolog” Cyran. Nie było zresztą słabych punktów w grze, a ewentualnych wtórności czy płycizn można by się doszukiwać jedynie w tekście, zwłaszcza jeśli ktoś oczekiwałby (nie należy) obnażenia realnych słabości systemu, a nie jedynie obśmiania odwiecznych ludzkich słabości.
Każdy, kto chce dowiedzieć się, dlaczego w pewnym akademiku wykręcono wszystkie żarówki i przewieziono do szpitala, dlaczego „fleczer by wystarczył, ale na wszelki wypadek wyleczymy kanałowo”, a także gdzie „korale wpełzły o świcie”, powinien udać się do Browaru Mieszczańskiego i to bynajmniej nie na piwo, lecz na ocieplający wizerunek naszej służby zdrowia performance.
Pięćdziesięciu z Fukushimy. Thriller medyczny. Reżyseria: Maciej Masztalski. Grupa Artystyczna Ad Spectatores, Scena w Browarze Mieszczańskim we Wrocławiu. Premiera 4 kwietnia 2014.
Więcej:
Sztuka