Nie rozumiem dlaczego ratyfikacja konwencji o zwalczaniu przemocy domowej miałaby się opóźniać. Do tego stopnia, że byłaby ratyfikowana dopiero w następnej kadencji Sejmu, o czym wspomniał w swoim ostatnim wywiadzie Jarosław Gowin. Nie wyjaśnił on jednocześnie przyczyn takiego długiego procedowania nad konwencją. Nasuwa to przypuszczenie, że są środowiska, które po prostu będą chciały opóźnić ratyfikację, blokować ją. Odkładanie tej sprawy w nieskończoność jest niekorzystne dla ofiar przemocy. Ale też dla wizerunku rządu i Platformy Obywatelskiej.

REKLAMA
Obecnie trwa dostosowanie prawa polskiego do niektórych rozwiązań zawartych w dokumencie europejskim. Chodzi głównie o tryb ściagania za gwałt oraz szersze ujęcie pojęcia przemocy domowej. W Polsce gwałt ścigany jest zwykle na wniosek osób pokrzywdzonych. W zeszłym tygodniu rząd i premier Donald Tusk poparli zapis konwencji mówiący o ścigania gwałtu z urzędu.
Dostosowania wymaga też definicja przemocy rodzinnej. Chodzi głównie o to, żeby definicja przemocy domowej była rozszerzona i obejmowała również rozwiedzionych małżonków, czy partnerów.
Obie te kwestie nie wydają się bardzo skomplikowane i nie rozumiem skąd biorą się kalkulacje, że ten Sejm nie zdąży ratyfikować konwencji przed następnymi wyborami parlamentarnymi.
Pomijając względy ludzkie, rząd i Platforma Obywatelska powinny być zainteresowane jak najszybszym ratyfikowaniem konwencji. Rząd już ją podpisał, a więc zwlekanie z ratyfikacją nie poprawi jego wizerunku. Brak ratyfikacji przed wyborami stanie się bardzo ważnym tematem kampanii w nadchodzących wyborach parlamentarnych. Środowiska lewicowe i kobiece uczynią z tego jeden z głównych punktów ataku na Platformę. I trudno będzie wtedy wyjaśniać, że rząd podpisał, ale to Sejm opóźniał. Zapobieganie przemocy wobec kobiet nie powinno polaryzować społeczeństwa polskiego i być tematem kampanii politycznej. Powinno być celem łączącym różne środowiska.