Zamiast z takim uporem walczyć o zmianę zasad systemu handlu emisjami, Bruksela powinna się zająć europejskim rynkiem energii. A Polska powinna w tym pomóc.

REKLAMA
Właśnie miała miejsce kolejna odsłona walki o system handlu emisjami. Komisja Przemysłu, Badań Naukowych i Energii (ITRE) Parlamentu Europejskiego odrzuciła propozycję Komisji Europejskiej. Komisja Środowiska (ENVI) przed chwilą przyjęła ją. Chodzi o tzw. backloading, czyli wycofanie części uprawnień na emisję CO2 z rynku. Komisji Europejskiej nie podobają się bowiem ich niskie ceny - zamiast 30 euro jak prognozowała Bruksela cztery lata temu, uprawnienia kosztują ok. 5 euro. A to ich zdaniem osłabia zainteresowanie przemysłu redukcją CO2. I w ostateczności godzi w klimat.
Ostateczną decyzję podejmą Parlament Europejski i Rada UE w głosowaniu. Głosowanie Parlamentu to zagadka wobec tak rozbieżnych opinii zwolenników i przeciwników backloadingu. Ale wiadomo już, że w Radzie unijnych ministrów środowiska Polsce trudno będzie zebrać potrzebną liczbę państw, aby mieć tzw. mniejszość blokującą propozycję Komisji Europejskiej.
Można by powiedzieć, że w ITRE wygrali zwolennicy rozwiązań rynkowych, odrzucając propozycję Komisji Europejskiej. A w Komisji Środowiska stronnicy ręcznego sterowania rynkiem. Jednak słuchając głosu przemysłu widać, że nie jest on jednolity, że ścierają się tu stanowiska konkurencyjnych lobbies. Stanowisko backloadingu KE odpowiada wielu koncernom energetycznym, takim jak francuskie EDF, GDF Suez, niemiecki EON, czeski CEZ. Firmy mają swoje własne interesy - związane z kryzysem spadek cen prądu i zalew taniej, bo dotowanej z kieszeni konsumentów energetyki odnawialnej sprawił, że energetyka konwencjonalna traci rentowność. Dotyczy to zwłaszcza elektrowni gazowych, które mają najdroższe paliwo.
Po drugiej stronie stoi oczywiście lobby węglowe, reprezentowane przez stowarzyszenie Eurocoal oraz europejski przemysł. Firmy, które zużywają dużo energii są zadowolone z niskich cen prądu i boją się, że podwyżka cen uprawnień do emisji CO2 pociągnie za sobą wzrost cen energii. To także wpływowe lobby - są wśród nich m.in. niemiecki potentat przemysłowy BASF oraz gigant hutniczy ArcelorMittal.
Determinacja Komisji Europejskiej w sprawie systemu handlu emisjami jest dziwna. Pomimo, że ceny uprawnień są bardzo niskie, jego podstawowy cel, czyli redukcja emisji CO2 o 20% do 2020 roku, nie jest zagrożony. Tymczasem unijna energetyka potrzebuje odpowiedzi na o wiele poważniejsze pytania. Co dalej ze wsparciem dla odnawialnych źródeł energii - o potrzebie zamrożenia subsydiów mówi nawet niemiecki minister środowiska? Jak sprawić, aby w Europie powstawały nowe elektrownie konwencjonalne, bez których trudno będzie mówić o bezpieczeństwie energetycznym? Jak wspierać przemysł energochłonny zagrożony przez konkurencję z USA i Chinami?
Tymi sprawami powinna zająć się Komisja Europejska. Zmobilizowanie jej do tego powinno być właśnie zadaniem polskiego rządu. Nie możemy być tylko głównym hamulcowym unijnego pociągu klimatyczno energetycznego - musimy zaproponować własne tory, po których pociąg ten powinien jechać.