Po raz pierwszy od 1981 roku władza ubliża wyborcom, zaś opozycja mizdrzy się do obywateli, choć to nie kampania wyborcza. Pokazaliśmy, że to, co przez lata było pustym frazesem – czyli społeczeństwo obywatelskie – naprawdę istnieje i nie jest „ciemnym ludem”. My, „lemingi” uczciwie płacące podatki i budujące PKB oraz wbrew woli szarą strefę – za sprawą śmieciówek, które są często jedynym źródłem dochodu, przypomnieliśmy o swoich prawach i swoim istnieniu. A przecież po kampanii wyborczej powinniśmy trawić w spokoju kiełbasę, którą nas nakarmiono, płacić podatki i wypełniać inne narzucone przez „umiłowaną, ciężko zapracowaną władzę” obowiązki. Tak przecież było zawsze.

REKLAMA
Tymczasem powiedzieliśmy „nie” – my, obywatele. Przypomnieliśmy, że to jest nasze państwo. Nasze, czyli także tych, którzy nie chodzą na wybory, albo głosowali na obecną opozycję. Nie jesteśmy tylko punktami procentowymi, wyborcami, pacjentami, pracownikami, kierowcami, rodzicami czy uczniami. Jesteśmy obywatelami, każdy ma imię, nazwisko, własną twarz i przekonania. I każdemu z osobna oraz wszystkim razem, należy się nam szacunek. I jeśli ktoś pracuje w zawodzie polityk, czyli na nasze zlecenie, to wymagamy, by rzetelnie wywiązywał się z umowy z nami – czyli obywatelami – zawartej w Konstytucji.
I tu właśnie jest haczyk. Od 1989 roku nam wszystkim się wydawało, że ta umowa jest jasna i sprowadza się do wzajemnego szacunku dla Państwa i Prawa. Od 1989 r. każdy z nas z osobna i wszyscy razem „kompromisowo” wycofywaliśmy się z tych naszych wyobrażeń, wierząc w demokrację. Pozwalaliśmy na bezrozumne majstrowanie przy podatkach, takie, że większość z nas już nie może się połapać, o co w nich chodzi, na ograniczanie dostępu do służby zdrowia, na paplające od rzeczy media, a przede wszystkim na funkcjonowanie klasy politycznej w oderwaniu od naszych spraw i naszych potrzeb. Na brak szacunku do obywateli i brak odpowiedzialności za podejmowane decyzje. W społeczeństwie informacyjnym, wolnym rynku, znajdowaliśmy swoją przestrzeń, by… płacić podatki i wspólnie popychać nasz kraj i nasze indywidualne życie do przodu. Nie zauważyliśmy, jak wiele wśród nas wykluczenia – ponad 50% nas przestało chodzić na wybory, jeszcze więcej pogodziło się, że nie będzie miało emerytury. Jak w behawioralnym eksperymencie z żabą: kiedy stopniowo podgrzewa się wodę, w której żaba jest – zwierzaka łatwo ugotować. Kiedy zaś wrzuci się ją do wrzątku – po prostu z niego wyskoczy.
Dlaczego więc akurat teraz protestujemy, choć przecież obecnie rządzący twierdzą, że robią to samo, co ich poprzednicy? Otóż właśnie dlatego, że w przeciwieństwie do poprzedników, nie podwyższają temperatury stopniowo. W błyskawicznym tempie i na skróty próbują pozbawić demokrację, w którą wierzymy, jakichkolwiek zabezpieczeń naszych praw. Trybunału Konstytucyjnego, niezależności mediów, służby cywilnej. To działania w gruncie doraźne, bo znacznie ważniejsze jest to, by określić, co tak naprawdę rozumiemy, kiedy mówimy demokracja. Okazało się bowiem, że nie wszyscy rozumiemy to samo. Tylko wtedy, kiedy wypracujemy wspólną definicję, będziemy mogli zawrzeć rzeczywiste społeczne przymierze, którego strażnikiem będzie każdy z nas – obywateli.
Agata Buko