REKLAMA
W piękny, słoneczny, zimowy dzień obserwowałem tłum, który zbierał się na niewielkim placu przy ruchliwej ulicy sporego polskiego miasta. Uśmiechnięci ludzie z flagami i transparentami, którzy chcieli wyrazić swoje obawy i troski, gromadzili się powoli, wymieniając pozdrowienia, uściski dłoni i serdeczności. Co jakiś czas, któryś z przejeżdżających tuż obok samochodów zwalniał, a jego kierowca rycząc klaksonem wymachiwał pięścią w kierunku zgromadzonych. Jeden z samochodów zatrzymał się nawet, a młoda kobieta uchylając okno wykrzyczała w stronę zgromadzonych – ośmieszacie się!
Skraj chodnika stawał się na moment granicą dwóch światów. Nieprzystających. Innych. Obcych.
Zdziwiłem się, że aż tak bardzo obcych, ale zacząłem nagle w głowie te granice w innych miejscach rysować. I okazało się, że wszędzie mogę to zrobić. I wszędzie są podobne. I rosła, tak rosła ta sieć granic bez końca.
Skraj chodnika stawał się na moment granicą dwóch światów. Nieprzystających. Innych. Obcych.
Zdziwiłem się, że aż tak bardzo obcych, ale zacząłem nagle w głowie te granice w innych miejscach rysować. I okazało się, że wszędzie mogę to zrobić. I wszędzie są podobne. I rosła, tak rosła ta sieć granic bez końca.
Jakieś dwadzieścia lat temu Benjamin Barber wydał „Dżihad kontra McŚwiat” – niezwykłą książkę o starciu starego z nowym, o walce między konserwatywnym systemem wartości, a drapieżną współczesnością korporacyjnych jastrzębi. O granicach, które mi się teraz w głowie kłębiły. Barber żałował, że Dżihad pojawił się w tytule jego książki, bo przecież nie o tym była, a ja na tym krawężniku zacząłem dostrzegać, że bez względu na nazwę, zawsze w gruncie rzeczy o taki konflikt chodzi.
To było w 2008 w Brukseli. Chyba przy Marchè aux Porcs, w jakimś ichniejszym seven eleven kupowałem nocą papierosy od owiniętego kefiją śniadego sprzedawcy, a potem wyszliśmy na ulicę i zapaliliśmy obaj, obserwując rzednący z wolna, w obawie przed październikowym chłodem, kolorowy tłum rozbawionych młodych ludzi.
Byłem w jakimś takim euforycznym nastroju, tuż po spotkaniach z Piotrem Nowiną-Konopką, ambasadorem Czarlewskim i profesorem Kułakowskim, a będąc przecież w drodze do Maison Laffitte i jak barbarzyńca w ogrodzie, napawając się tym nieśmiałym dotykaniem niedostępnych mi dotąd „świętych” śladów przeszłości. Po raz pierwszy zresztą, tak naprawdę namacalnie poznawałem tę nową dla mnie Europę. Nie w Luwrze i Pergamonie, nie w montmarckich kafejkach, albo na Rambli czy innym Kreuzbergu, nie na biednych zakupach u Tatiego i gonitwie po Kunsthistorisches Museum w Wiedniu. Ani na plażach riwier najróżniejszych, ani w górach zaśnieżonych pod nartami, tylko tak po prostu u korzeni – wśród niezwykłych ludzi, którzy tę Europę współtworzyli.
Wierząc, że na zawsze już dane i smakując prywatność tych ulotnych chwil.
Wierząc, że na zawsze już dane i smakując prywatność tych ulotnych chwil.
Staliśmy zatem przed sklepem z moim, obleczonym galabiją, nowym afgańskim kolegą i kiedy w końcu zapytałem, co tu robi, tak daleko od domu, powiedział – jestem tu przez ciebie i waszych żołnierzy.
Spuściłem wzrok. Spojrzałem na ulicę pełną rozbawionych dziewczyn w krótkich kolorowych sukienkach, flirtujących niewinnie z przystojnymi chłopakami z dobrych domów, przypominając sobie jednocześnie dwójkę radosnych dzieciaków wiszących u ramion mamy na zapleczu tego sklepiku. Mamy, której oczy zza tradycyjnego nikabu nie zdradzały, czy gdzieś tam pod spodem się uśmiecha, patrząc na harce swoich dzieci. I one też nie widziały.
Spuściłem wzrok. Spojrzałem na ulicę pełną rozbawionych dziewczyn w krótkich kolorowych sukienkach, flirtujących niewinnie z przystojnymi chłopakami z dobrych domów, przypominając sobie jednocześnie dwójkę radosnych dzieciaków wiszących u ramion mamy na zapleczu tego sklepiku. Mamy, której oczy zza tradycyjnego nikabu nie zdradzały, czy gdzieś tam pod spodem się uśmiecha, patrząc na harce swoich dzieci. I one też nie widziały.
I teraz myślę o tej granicy. Czy ona nieusuwalna? Czy stojąc wtedy przed sklepem w centrum nowej i pięknej Europy, czy też tutaj na tym krawężniku, w obliczu sobie obcych i nieprzystających ludzi dotknąłem delikatnie i niechcący niezasypywalnej przepaści? I jaka to przepaść?
Żyjemy w jednym i tym samym świecie.
Mamy te same problemy – że chłopak zdradza, szef gnoi, a szwagierka ma raka. I radości – że fajny melanż, że będzie premia, a dziewczyna, którą spotkałem śni się po nocach.
Mamy podobne potrzeby i takie same niechęci. Mamy swoje lęki, obawy i wątpliwości, ale też swoje marzenia, pragnienia i chęci.
Czegóż chcieć więcej?
Może po prostu usiąść do stołu.
Żyjemy w jednym i tym samym świecie.
Mamy te same problemy – że chłopak zdradza, szef gnoi, a szwagierka ma raka. I radości – że fajny melanż, że będzie premia, a dziewczyna, którą spotkałem śni się po nocach.
Mamy podobne potrzeby i takie same niechęci. Mamy swoje lęki, obawy i wątpliwości, ale też swoje marzenia, pragnienia i chęci.
Czegóż chcieć więcej?
Może po prostu usiąść do stołu.
Są ludzie, którzy – tak jak ja – inaczej wyobrażają sobie wolność i demokrację. Piłem piwo z ludźmi, którzy nie mieli takich wyobrażeń. Ba… nie mieli żadnych.
Są ludzie, którzy – tak jak ja – inaczej postrzegają Boga. Piłem piwo z ludźmi, którzy nie mieli takiego postrzegania.
Są ludzie, którzy inaczej widzą nasz świat.
A on wciąż pozostaje naszym wspólnym światem.
A my wciąż jesteśmy tacy sami.
Uszanujmy to.
Są ludzie, którzy – tak jak ja – inaczej postrzegają Boga. Piłem piwo z ludźmi, którzy nie mieli takiego postrzegania.
Są ludzie, którzy inaczej widzą nasz świat.
A on wciąż pozostaje naszym wspólnym światem.
A my wciąż jesteśmy tacy sami.
Uszanujmy to.
Dzisiaj w supermarkecie sięgałem po jakieś cokolwiek z półki i kiedy podniosłem wzrok, ujrzałem śniadego faceta z trzydniowym zarostem, który ewidentnie urodził się gdzieś daleko – na południu, bliskim wschodzie albo jeszcze gdzieś dalej. Modnie ubrany, świeżo wyglądający, niósł różowy tornister (pewnie dla córki) i dwa jajka-niespodzianki, spiesząc do kasy. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, spuścił wzrok i przyspieszył kroku, przytulając się do przeciwległego końca alejki, a potem czmychnął wśród worków z psią karmą.
Wtedy ja spuściłem wzrok.
Wtedy ja spuściłem wzrok.
Kuba Karyś
