O autorze
Postanowiliśmy wyjechać, zobaczyć świat. Tyle, ile się da! Na blogu dzielimy się swoimi doświadczeniami, przemyśleniami, czy zdjęciami.
https://www.facebook.com/koniecswiata4/

Koniec Świata Początek

Wyjrzyj za okno. Najlepiej je otwórz i odetchnij pełną piersią. Czujesz? Mimo chłodniejszych Świąt Wielkanocnych, wiosna niezaprzeczalnie zawitała do Polski. Wracając do Warszawy widziałem ogromny klucz żurawi, a na łące – żerujące bociany. Będzie coraz cieplej, jaśniej, weselej.



A teraz zamknij oczy i wróć myślami do listopada. Do tego szarego, smutnego listopada. A przecież po listopadzie dopiero grudzień, nie dający nadziei na poprawę samopoczucia. Praca w biurze, ciągle ta sama praca, w tym samym biurze, w tym szarym listopadzie… W zasadzie nie jestem pewien (i nie robi mi różnicy), czy jest to listopad 2015 roku, czy 2014, a może 2013… Listopad zawsze wygląda tak samo.


Jedyną myślą odganiającą depresję jest zbliżający się wyjazd. Otóż kilka miesięcy wcześniej kupiliśmy z Martą bilety tanich linii lotniczych do Portugalii. Do tej pory znałem ją (Portugalię, nie Martę) tylko ze zdjęć. Kojarzyła mi się z dobrymi winami, oliwkami, słońcem. Ach, jak fajnie byłoby tam zostać. Szkoda, że to nie jest takie łatwe, przecież mam zobowiązania; kredyt za mieszkanie i „studencki” same się nie spłacą, trzydziestka za pasem, samochód, dobra praca, dorosłość. Leming pełną gębą. Tylko, że ja nigdy nie chciałem być lemingiem! Co ja tu właściwie robię? Co mi po kabriolecie, skoro tak często u nas pada? Po co mi praca, która nie daje mi satysfakcji? Dlaczego mieszkam w ogromnym mieście, kiedy to na łonie natury czuję się dobrze i „ładuję baterie”? A do tego ten przeklęty listopad…


Dosyć! Basta! Dłużej tak nie dam rady. Najwyższy czas wziąć sprawy w swoje ręce, czas na zmiany. Mówię o tym Marcie. Za kilka tygodni jedziemy do Portugalii – zostańmy tam! Nie wracajmy już! Marta stara się okiełznać kipiącą ze mnie frustrację głaszcząc mnie po głowie. Owszem, jest to przyjemne, ale tym razem miarka się przebrała. Albo teraz coś zrobię z własnym życiem, albo już zawsze będę przygnębiony i niespełniony.


Po pewnym czasie głaskanie przyniosło rezultat i trochę się uspokoiłem. Marta, jak na accounta przystało, chłodno kalkuluje nasze możliwości. Na spokojnie mówi mi: dobrze, zróbmy to! Cud-dziewczyna! Ale nie teraz, nie „na wariata”. Przemyślmy to, przygotujmy się, pozamykajmy pewne tematy.

Jest kwiecień. W ciągu miesiąca udało mi się wynająć mieszkanie, sprzedać samochód i rzucić pracę. To było piękne uczucie! Marta postanowiła zrobić sobie rok przerwy. Nie mamy wiele pieniędzy, ale może po drodze znajdziemy jakąś pracę. Jesteśmy dobrej myśli. Najważniejsze, że mamy namiot i śpiwory. I siebie nawzajem.

Plan jest prosty – nie ma planu! Postanowiliśmy organizować się najdalej na miesiąc do przodu. Za dwa dni wsiadamy w samolot do Nowego Jorku, gdzie, łącznie u trójki znajomych, spędzimy tydzień. Następnie Chicago, też tydzień, też u znajomych. A potem… Prawdopodobnie Kolorado, ale to się jeszcze okaże. W USA chcemy spędzić 3-4 miesiące, później udać się do Ameryki Południowej, Afryki, Australii, itd.

Wyrwałem się z systemu. Jestem wolny. Cieszę się, że przed wyjazdem zobaczyłem nasze, polskie bociany.
Jędrek