Walden w całej okazałości.
Walden w całej okazałości.

Wietrzny poranek i liczne chmury nie zwiastowały upału, który wzmaga się wraz z podnoszącym się coraz wyżej słońcem. Opustoszałe centrum miasteczka, którego populacja zimą spada do 450 mieszkańców, przywodzi cmentarny nastrój.

REKLAMA
Wyschnięty, kulisty krzak przetacza się leniwie przez Main Street. Zakurzone werandy już dawno powinny być odmalowane, ale nikt o to nie dba, bo piekące słońce i tak złuszczy farbę, zanim lato zacznie się na dobre. Za moment wybije południe.
Wtem, na falującym horyzoncie pojawia się czarny potwór. Pędzi w stronę centrum, jakby był spóźniony. Jego ryk dobiega z daleka, a ciemny dym kłębi się za nim, pozostawiając skołtuniony ślad zawieszony ponad drogą. Będą kłopoty…
logo
Mad Max?
Matka łapie dziecko za rękę i pospiesznie przeprowadza je przez jezdnię. Pani z kwiaciarni zamyka żaluzje, a stary listonosz prędko wsiada do pickup’a i odjeżdża na wschód.
Ja postanowiłem ukryć się w lokalnym barze. Otwieram drzwi i wchodzę do pomieszczenia skrytego w półmroku i dymie papierosowym. Mimo wczesnej pory, jest dość tłoczno. Momentalnie milknął rozmowy i wszystkie pary oczu skierowane są na mnie. Rosły jegomość w znoszonym, kowbojskim kapeluszu zaczyna coś szeptać do swego kompana, zerkając na mnie ukradkiem. Nie da się nie zauważyć potężnego rewolweru zatkniętego w kaburze, luźno zwisającej na wysokości jego uda. Barmanka czyści kufle, leniwie żując gumę. Patrzy na mnie wzrokiem sugerującym, że bardzo zabłądziłem. Atmosfera taka, że powietrze można ciąć tępym nożem. Przechodzą mnie ciarki. Sam nie wiem, czy bezpieczniej jest w środku, czy na ulicy. Dla rozluźnienia podchodzę pewnym krokiem do szafy grającej, stojącej w rogu sali, i włączam pierwszą, lepszą piosenkę. Jakiś współczesny „utwór”, coś pomiędzy rapem, a popem, przerywa serię klasyki country. Oj, to dopiero napytałem sobie biedy…
Takie jest Walden – filmowe. Leniwe, małe miasteczko, które można przejść wzdłuż i wszerz w 10 minut, w którym wszyscy się znają. Powstało w 1889 roku w miejscu, gdzie traperzy schodzili się z okolicznych gór, by handlować skórami, porożem, czy mięsem. Obecnie jest to baza wypadowa do jednego z trzech pasm górskich, otaczających miasto. Zimą zjeżdżają tu narciarze, latem piechurzy. Ciężko się tu oddycha, gdyż cały płaskowyż, na którym się znajduje, położony jest 2500 m n.p.m. Wilgotność powietrza jest tak niska, że woda jest odsysana z organizmu, przez co odwodnienie jest tu powszechną przypadłością. Podobno lokalne piwo ma specjalne właściwości, dzięki którym można uniknąć tej nieprzyjemnej dolegliwości. Wystarczy wypić dwa dziennie. Nie dyskutując z tubylcami, stosuję się do ich zaleceń.
logo
Główna ulica miasta.

Tylko co my tu właściwie robimy? Dlaczego, mając do dyspozycji całe Stany, znaleźliśmy się w dziurze zwanej Walden? Zanim jeszcze wyjechaliśmy z Polski, zastanawialiśmy się, jak możemy zwiedzać, nie wydając za dużo pieniędzy. Z odpowiedzią przyszedł nam serwis HelpX (www.helpx.net). Zrzesza on farmerów z całego świata, którzy zapraszają do siebie wolontariuszy. Ci, w zamian za wikt i opierunek, pomagają kilka godzin dziennie, na przykład pieląc ogródek, budując szopę, naprawiając ogrodzenie, czy odwożąc dzieci do szkoły. Nasz gospodarz nie jest farmerem, ale prowadzi niewielką restaurację w środku miasteczka. Pomagamy mu w różnoraki sposób – od dbania o kwiatki, przez pracę w kuchni, po obsługę klientów. Oczywiście najbardziej uśmiecha nam się „kelnerowanie”, bo napiwki trafiają do naszych kieszeni. Taka współpraca przynosi obopólne korzyści – nasz szef ma dodatkowe ręce do pracy, zapewniając jedynie jedzenie ze swojej restauracji i nocleg w uroczym domku, my natomiast zarabiamy tyle, że prawie cały dotychczasowy pobyt w USA nam się zwrócił, a dodatkowo zwiedzamy okolicę jego pick-up’em. Pracujemy 5 dni w tygodniu. Dwa dni wolne poświęcamy na spacery i relaks, wieczory natomiast spędzamy w jedynej knajpie. Wczoraj, gdy po pracy poszliśmy na bilard, pani wyjęła kasetkę na żetony ze stołu, bo znała nas sprzed dwóch dni, więc mogliśmy pograć za darmo. Ktoś przyniósł pizzę, którą zostali poczęstowani wszyscy goście baru, łącznie z nami. Po wypiciu kolejki ze stałymi bywalcami lokalu, stałem się ich najlepszym przyjacielem, przynajmniej na ten jeden wieczór. Ot, urocza małomiasteczkowość.
Oczywiście nie jest tu niebezpiecznie. Wszystkie domy i samochody są stale otwarte. Ludzie są przyjaźni (przynajmniej dopóty, dopóki nie jesteś Murzynem); machają do siebie, gdy mijają się na ulicy. Dziki Zachód nadal jest żywy w tutejszej kulturze, czego przykładem mogą być współcześni kowboje. Wprawdzie zamiast jeździć rumakami, poruszają się ogromnymi półciężarówkami 4x4, z potężnymi, amerykańskimi silnikami. Ubierają się w skórzane buty z czubem, dżinsy, puchowe kamizelki narzucone na koszule w kratę. Obowiązkowy jest również kapelusz. Na „przedmieściach” znajduje się miejsce, w którym corocznie odbywa się festiwal rodeo.
Jest tu niemal wszystko, czego potrzeba – sklep, basen, poczta, bank, siłownia, boiska do baseball’a, aż 8 kościołów (każdy innego wyznania) oraz lotnisko. Tak - lotnisko w mieścinie, która latem liczy sześciuset mieszkańców. A to dlatego, że w gminie jest aż 32 milionerów, którzy przylatują tutaj sobie na wilegiaturę, na swoje gigantyczne rancza. Kto bogatemu zabroni?
Walden położone jest na licznych szlakach zwierzęcych, przez co nie da się zignorować otaczającej przyrody. Na swojej drodze do pracy mogę spotkać łosia – w sumie stojąc w warszawskich korkach widywałem niejednego łosia, który chciał się gdzieś wcisnąć, więc niby nic nadzwyczajnego, ale jednak. Różnorodność ptaków pozwala obcować z takimi gatunkami jak gęsi kanadyjskie, pelikany, liczne jastrzębie, a nawet orły łyse – wielkie, z białą głową, są symbolem Stanów Zjednoczonych. Na pobliskim wzgórzu dostrzegliśmy świeże ślady baribala (niedźwiedzia czarnego). Marta chciała uciekać, a ja go tropić. W końcu dałem się jej przekonać, przez co tym razem nagroda Darwina nie będzie moja.
logo
Świeży trop niedźwiedzia czarnego.
Którejś nocy obudził mnie przejmujący skowyt kojota. Ciarki przeszły mi po plecach od krzyża, aż po kark, przez co nie mogłem zasnąć przez kolejną godzinę. Niemniej czuję się tu świetnie! Cała frustracja, która psuła mi krew przez ostatnie lata, uleciała wraz z górskim powietrzem. Uwielbiam przyrodę i na łonie natury odpoczywam tak, jak nigdzie indziej. Cieszył mnie nawet śnieg, który spadł kilka dni temu. Niestety, Marta powoli zaczyna tęsknić za miastem. Mam nadzieję, że wkrótce zdarzy się na tym pustkowiu ciepła, bezchmurna noc, i oszałamiające gwiazdy niezaćmione latarniami przekonają ją, że miasta nie są wcale super.
Niemniej Walden, jego mieszkańcy, klimat oraz położenie tak bardzo przypadły nam do gustu, że postanowiliśmy zostać dłużej, niż pierwotnie planowaliśmy. Tu jest błogo, ale nie nudno, sielsko, ale nie idyllicznie, pięknie i dziko jednocześnie. No i trawka jest legalna... :)
Jędrek