O autorze
Postanowiliśmy wyjechać, zobaczyć świat. Tyle, ile się da! Na blogu dzielimy się swoimi doświadczeniami, przemyśleniami, czy zdjęciami.
https://www.facebook.com/koniecswiata4/

Przemyślenia

Dziś mijają równe 4 tygodnie od przyjazdu do Walden. Od kilku dni chodzi za mną garść przemyśleń, którymi postanowiłam się podzielić. Nie są to ani wielkie odkrycia, ani szczególnie ciekawe zagadnienia, więc nie oczekujcie zbyt wiele. Ot, kilka słów o ludziach i nowym zawodzie.



Nie podoba mi się sposób życia mieszkańców Walden (śmiem twierdzić, iż dotyczy to również obywateli innych części tego kraju). Ludzie nie dbają o siebie, jedzą okropnie niezdrowe rzeczy – dorośli i dzieci. Nie ćwiczą. Mimo iż miasteczko ma w sumie 20 ulic, wszyscy poruszają się autami. W zasadzie nie ma rowerów. W zasadzie nie ma ani szczupłych kobiet, ani przystojnych mężczyzn. Marnują nieprawdopodobne ilości zasobów – jedzenia, wody, energii. Żyją w przeświadczeniu, że nie ma sensu przejmować się takimi sprawami jak zdrowe odżywianie i dbałość o naturę. Jest jednak coś, co powoduje iż nie wpływa to negatywnie na ogólny ich odbiór i zwyczajnie nie ma jak powiedzieć o nich złego słowa… Otwartość.


Przed naszym wyjazdem parę razy zdarzyło mi się usłyszeć – „jak tylko wyjedziesz z Europy spotkasz bardzo otwartych i miłych ludzi”. Pełna zgoda. Otwartość z jaką się stykam jest imponująca, a czasem wręcz przytłaczająca. Okazuje się bowiem, że lepiej znam Panią ze stolika numer 107 niż część osób, z którymi pracowałam przez ostatnie 2 lata w Warszawie. Kelnerka nie jest tu postacią, której jedynym zadaniem jest przyjęcie zamówienia i przyniesienie dania (najlepiej tak, by nie przerywała rozmów przy stole i była niezauważona). Wręcz przeciwnie. Kelnerka, czy pani ze stolika obok, to nowa historia, to kolejna osoba, do której z radością można zagadać, zapytać o codzienność, czy nawet poruszyć czasem dość osobiste kwestie.


Tu nikt nie jest sam. Kierowca ciężarówki, który zatrzymał się na noc w Walden, po 5 minutach w pubie znajduje towarzystwo nie tylko do rozmowy, ale również do pogrania w bilard, czy rzutki (nasze ulubione wieczorne zajęcia). Starsza Pani (ze stolika 107) wraca z festiwalu muzycznego, który spędziła pod namiotem, mimo deszczy i śnieżycy, gdzie wraz z pozostałym tysiącem osób tworzyła wspólną, radosną grupę, chociaż podróżuje bez kompana. Opowiada mi jak wiele wspaniałych osób poznała, jak blisko stał jeden namiot od drugiego tworzący tym samym świetną atmosferę. Pyta mnie jak jest w Europie. Odpowiadam – inaczej.
Nawet w Nowym Jorku, mieście uważanym tu jako oddzielną część USA, gdzie ludzie są zabiegani, butni, nieuprzejmi, byłam świadkiem rozmowy dwóch nieznajomych osób w metrze, które wesoło gawędziły przez całą podróż, a na koniec wymieniły się wizytówkami. Nie żebym często jeździła metrem w Warszawie, ale nigdy nie byłam świadkiem takiej sytuacji. Opowiadam więc Pani ze stolika 107, że u nas albo książka, albo komórka, albo wzrok wbity w podłogę. Ludzie zwyczajnie ze sobą nie rozmawiają. Ciężko jest jej w to uwierzyć.

Mimo iż postrzegam siebie jako osobę dość otwartą i łatwo nawiązującą kontakty, przez pierwsze tygodnie miałam trudność z dostosowaniem się do nowej rzeczywistości. Moja otwartość nie wystarczyła. Tu opowiada się więcej, zagaduje częściej, z łatwością mówi się o dość osobistych kwestiach. Bywają dni, gdy mam ochotę się schować przed wszystkimi gośćmi restauracji, by nie musieć znów opowiadać skąd wzięłam się w Walden, z której części Europy pochodzę, no i jakie są największe różnice kulturowe (najczęściej w takich dniach odpowiadam, że w Polsce nie spotkałabym się z tak dużą ilością pytań :)).


Bycie kelnerką to dla mnie również nowe doświadczenie. Nigdy nie pracowałam w gastronomii. Muszę stwierdzić, że było to początkowo dość mocno stresujące zajęcie. Długo nie mogłam wyjść z podziwu jak wiele nerwów mnie to kosztuje. W Polsce na co dzień negocjowałam z klientami drogie projekty, jeździłam na spotkania z właścicielami wielkich firm, prezentowałam pomysły agencji i było to wszystko prostsze i mniej wymagające niż podanie kawy, czy wydanie reszty w obcej walucie. W wieku trzydziestu lat przyszło mi wyjść ze strefy komfortu, jaką jest poczucie kompetencji i odnaleźć się w zupełnie nowym środowisku. Odnalazłam się, nie tylko jako kelnerka, ale jako osoba równie otwarta co moi goście, o czym świadczyć może pierwsza w życiu notka. Jak wspomniałam – bywa to męczące, ale nie stanowi już dla mnie żadnego problemu. Po 4 tygodniach mogę z czystym sumieniem powiedzieć po raz pierwszy – dowiedziałam się o sobie czegoś nowego :)

Niebawem kończymy przygodę w Walden. Myślę, że mimo okropnej pogody, bilardu jako jedynej rozrywki i ciągłych pytań od mieszkańców i gości, będę to miejsce i ludzi wspominać pozytywnie.

Marta