Jest 14 czerwca, od tygodnia w Moose Creek Cafe wisi ogłoszenie, że szukamy podwózki do Denver, skąd za dwa dni mamy odebrać auto. Idę do 'mojej knajpy' na śniadanie, dość późno. Pracę mam zacząć za ponad godzinę, ale jest taki tłum, że koleżanka prosi mnie o pomoc. Biorę notes i podchodzę do pierwszego stolika. Goście złożyli zamówienie i zadali standardowe pytanie- skąd ten akcent. Opowiadam regułkę jaką zdążyłam sobie ułożyć odkąd tu jestem i dodaję, że szukamy kogoś kto jedzie do Denver. Po chwili rozmowy pada pytanie jak duże są nasze plecaki. Odpowiadam szybko i lecę do kolejnego stolika. Zabiegana, w ogóle nie skojarzyłam o co chodzi. Przy kolejnym podejściu do Chłopaka i jego towarzyszki dowiaduję się, że w zasadzie to znalazłam transport do stolicy Kolorado. Szczęście! A to dopiero początek przygody z Roy’em.
Oboje przyrządzają nam rano pyszne śniadanie i gdy już zaczyna mi się robić smutno na myśl o rozstaniu Roy mówi, że nie widział Wiszącego Jeziora w Glenwood, a do powrotu do domu ma jeszcze czas. Nasza wspólna przygoda trwa więc dalej.
