O autorze
Postanowiliśmy wyjechać, zobaczyć świat. Tyle, ile się da! Na blogu dzielimy się swoimi doświadczeniami, przemyśleniami, czy zdjęciami.
https://www.facebook.com/koniecswiata4/

Kartka z pamiętnika - czerwiec 2015

Pobyt w małym Walden był tak uroczy, jak męczący. O ile okolica była przepiękna, o tyle miasteczko dosyć monotonne i nudnawe.



Praca w restauracji w końcu też może się znudzić. Dlatego przygotowania do wyjazdu zaczęliśmy na dwa tygodnie przed terminem. Najpierw znaleźliśmy samochód do wynajęcia, później opracowaliśmy trasę, następnie skupiliśmy się na szczegółach przejazdu i miejscach, które chcemy zobaczyć, żeby na końcu umieścić kartkę na drzwiach do knajpy, że szukamy podwózki do Denver.
Po dojechaniu do stolicy stanu Kolorado udało nam się, z pewnymi trudnościami, wynająć samochód. Szybkie zakupy w spożywczym i w drogę! Pierwsze na mapie było Wiszące Jezioro. Już sama podróż do niego była czymś niezwykłym – przeprawa drogowa stanową 70-ką przez Góry Skaliste, zjazdy, podjazdy, ciasne zakręty, zapierające dech widoki. Krótki fragment pustynnego terenu niemal nas uśpił, ale wjazd do Glenwood Canyon rozbudził całkowicie; ciasny kanion wydrążony rwącą rzeką Kolorado.

Aby dotrzeć do jeziora trzeba wspiąć się wąwozem na niemałą górę. Było duszno i gorąco, a nieśmiały wiaterek tylko sporadycznie przynosił chwile wytchnienia. Kiedy już chciałem rezygnować z dalszej mordęgi, oczom naszym ukazała się turkusowa woda, niczym oaza na Saharze. Niewielkie jezioro mieniące się odcieniami błękitu i zieleni zachęcało do wskoczenia do niego. Niestety jest to zabronione. Ochłodę natomiast przyniósł wodospad, który spomiędzy drzew i krzewów spada z wysokości około 12. metrów. Bajeczne miejsce schowane między wielkimi szczytami czerwonych skał, skąpo zarośniętych drzewami.
Niestety, sielanka ta nie mogła trwać wiecznie. Po przyjemnym orzeźwieniu pod wodospadem czas ruszać dalej. Zmierzając na zachód teren stawał się coraz bardziej płaski i pustynny. Niewielkie krzewy zasłały wyschniętą, popękaną ziemię po horyzont. Tak zaczyna się stan Utah. Nagle oczom naszym ukazała się gigantyczna, czerwona chmura niewiadomego pochodzenia. Przesłoniła ona zachodzące powoli słońce, dając nieprawdopodobny efekt, którego nie dało się do końca uchwycić aparatem. Nie wiedzieliśmy, czy to koniec świata, czy gigantyczny rój szerszeni, ale wyglądało to niezwykle.

Jechaliśmy przed siebie, aż zrobiło się ciemno. Po dotarciu do miasteczka Moab okazało się, że pole namiotowe jest zajęte. Postanowiliśmy naszą pierwszą noc w namiocie spędzić na dziko, w pobliżu rzeki Kolorado. Sam nie wiem, czy było to do końca legalne. Wyczuleni na każdy szmer, przyzwyczajeni do wygody porządnego łóżka, nie spaliśmy najlepiej. Jednak poranny widok dodał nam otuchy i sił na dalszą drogę.
Czwartkowe przedpołudnie spędziliśmy na podziwianiu pobliskich Łuków (Arches National Park). Z wnętrza klimatyzowanego samochodu wyłoniliśmy się tylko na krótki spacer, gdyż na dworze było ponad 40 stopni


Dalej na południe! Zachwycające Monument Valley okazało się mało zachwycające. W zasadzie nic tam nie ma, poza 3 skałami, także stanowczo odradzamy zapuszczanie się na te bezludzia. Jeśli jednak jest Ci tam po drodze, to koniecznie wybierz drogę numer 261 o nazwie Moki Dugway. Jest tak samo nudna, ale tylko do pewnego momentu, w którym to płaskowyż kończy się znienacka wysokim urwiskiem, ze szczytu którego rozpościera się widok na Arizonę.

Zawróciliśmy na północny-zachód, w kierunku miasteczka Page, obok którego mieliśmy wykupioną wycieczkę w Antelope Canyon następnego dnia. Droga przez Arizonę była tak monotonna, że staram się ją wyprzeć z pamięci, dlatego nie będę jej tutaj opisywał. Niemniej po zmroku udało nam się dotrzeć do celu. Namiot rozbiliśmy znowu na dziko, nieopodal drogi. Noc była spokojniejsza, mimo przejeżdżających samochodów obudziliśmy się wypoczęci, gotowi na dalsze przygody.
Kanion Antylopy chcieliśmy zobaczyć już 5 lat temu, podczas naszej poprzedniej wyprawy do USA. Niestety wówczas zabrakło miejsc na zorganizowanej wycieczce. Teraz, mądrzejsi o poprzednie doświadczenie, zarezerwowaliśmy bilety kilka dni wcześniej. Zwiedzać można jeden z dwóch kanionów: Lower lub Upper. Różnica pomiędzy nimi jest taka, że pierwszy jest węższy od drugiego; w tym szerszym podobno lepiej widoczne są promienie słoneczne wpadające przez górne szczeliny. My wybraliśmy Lower i nie żałujemy decyzji, gdyż zapłaciliśmy niemal połowę ceny wyższego kanionu, było mniej ludzi, a efekty świetlne i tak były zdumiewające. Ponad godzinna wędrówka po ciasnych korytarzach pozwoliła nam odetchnąć nieco od upału wiszącego ciężko ponad nami.

Zachęceni ruszyliśmy z powrotem do Utah, w kierunku parku narodowego Zion, który zasługuje na zupełnie oddzielny rozdział.

Jędrek
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
DADHERO.PL 0 0"Dziwne spojrzenia, złośliwe komentarze..." Tak wygląda życie ojców samotnie wychowujących dzieci
0 0Kolorowe morskie stworzenia w Paryżu. Instalacja ma zwrócić uwagę na ważny problem
Cartoon Network 0 0Ktoś dokucza twojemu dziecku? Ten poradnik podpowie ci, jak poradzić sobie z tym problemem
0 0Nauczyciel krytykuje system oceniania. Domaga się zmian w szkołach
dadHERO 0 0Prawie półtora miliona złotych na polską planszówkę. Skąd ten sukces gry "Beyond Humanity:Colonies"?
0 0Najmłodsza miliarderka się bogaci. Poruszenie w świecie mody
WYWIAD 0 0"Żenujące". Były sołtys Rytla nie ukrywa, co myśli o reportażu Superwizjera o Beacie Szydło
0 0Wyrok za niski? Wnuk Wałęsy do więzienia może trafić na dłużej