Yellowstone

Twardo, zimno, w ciągu dnia gorąco, robaki. To elementy jakie kojarzyły mi się zawsze z sypianiem w namiocie. Niewiele miałam okazji w życiu, żeby korzystać z tego rodzaju wypoczynku. Niewiele też chciałam mieć.

REKLAMA
Kiedy zdecydowałam się jednak na podróż dookoła świata, namiot stał się nieunikniony. Myślałam, że będzie mi trudno przywyknąć, że będę marudzić, stało się jednak coś zupełnie odwrotnego.
Uwielbiam nasz „domek”. Daje mi schronienie i wolność jednocześnie, dzięki czemu mogę codziennie budzić się gdzie indziej. Owszem – jest twardo, gdyż nie mamy dmuchanych materacy, jest zimno nocami (mamy tylko lekkie śpiwory) i bywa gorąco rano, ale wszystko to nie ma znaczenia. Bliskość natury jest tego warta.
Sypiamy w różnych miejscach, unikamy jednak tych płatnych – 30$ za skrawek ziemi, na którym chcemy się rozbić raptem na kilka godzin, kłóci się z moim poczuciem wolności i sensem całego przedsięwzięcia. W USA nie jest łatwo znaleźć „ziemię niczyją”, ale czasem się udaje (m.in. The Bureau of Land Management), a czasem trzeba kombinować.
Któregoś dnia zmęczeni poszukiwaniami podjechaliśmy do rozmawiających ze sobą mieszkańców małego miasteczka. Podeszłam do mężczyzny, który stał na swoim terenie (duży ogród ze starymi sekwojami) i zapytałam czy zna jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy się rozbić za darmo. Z uśmiechem na twarzy pokazał nam swój ogród. Po nocach z kojotami i misiami tuż obok namiotu, czyjś ogród był dla nas idealnym schronieniem. Dodatkowo Tom, nasz gospodarz, okazał się niesamowitym człowiekiem, ale to już zupełnie inna historia.
logo

Jest coś absolutnie wyzwalającego w spaniu na łonie natury, zgodnie z porami dnia i nocy, kąpielach w zimnych, górskich potokach i jedzeniu kolacji prosto z ogniska (niekoniecznie świeżo upolowanej). Ci, którzy mnie ciut znają, wiedzą, że bliższe mi zawsze były pokoje hotelowe i długie, ciepłe prysznice. Sama się sobie dziwię, że wszystko to sprawia mi tak niesamowitą radość i jakąś dziwną satysfakcję. Dobrze mi z tym koczowniczym trybem życia, z niewiedzą gdzie śpimy kolejnej nocy itd. Będąc w 2012 r. w Nowej Zelandii, gdzie nie występują na wolności żadne drapieżniki, a my jeździliśmy wozem kempingowym, bałam się bardziej niż w środku amerykańskiego lasu pełnego niedźwiedzi i pum.
Tym samym mogę z czystym sumieniem powiedzieć po raz drugi – dowiedziałam się o sobie czegoś nowego i przekroczyłam pewne dotychczasowe bariery. Największe wyzwanie jednak przede mną – Ameryka Południowa to znacznie więcej niż misie. Ciekawa jestem co to będzie.
Marta