
Mijają dwa tygodnie odkąd znaleźliśmy się w małym ogrodzie botanicznym zwanym „Casa Orquideas” w zatoce Osa, niedaleko miasteczka Golfito (30 minut łódką - brak drogi lądowej). Korzystamy z helpex i bawimy się w ogrodników. Piszę „bawimy”, gdyż żadne z nas się na tym nie zna, a nasze zadania są na tyle lekkie, że trudno je nazwać pracą. Ale po kolei.
REKLAMA
Przed przyjazdem mieliśmy okazję skorzystać z innego dobrodziejstwa internetu – couchsurfingu, który był niezawodny. Do tej pory. W Golfito nie mieliśmy szczęścia. Okazało się bowiem, że nasz gospodarz (przemiły nauczyciel angielskiego) mieszka w tak koszmarnych warunkach, że po jednej nocy postanowiliśmy opuścić jego skromne progi. Wiem, to okropne – mamy nocleg za darmo i Tico, który mówi po angielsku, a wybrzydzamy… uwierzcie mi, nie dało się wytrzymać tam dłużej. Finalnie spaliśmy w pomieszczeniu gospodarczym w naszym namiocie, w którym temperatura sięgała ponad 30 stopni, ale z uwagi na olbrzymią ilość robactwa i śmieci dookoła nas nie zdecydowaliśmy się otworzyć choćby nawet fragmentu namiotu. Okropność.
Golfito samo w sobie również pozostawia wiele do życzenia. Byliśmy zmęczeni wszechogarniającym brudem i brzydkimi (przynajmniej niektórymi) miasteczkami. Wszystko to jednak miało wyższy cel.
Jak mawiał Twardowski „W życiu musi być dobrze i niedobrze. Bo jak jest tylko dobrze, to jest niedobrze”.
W chwili gdy nasze stopy stanęły na brzegu ogrodu botanicznego i z każdym kolejnym krokiem w głąb, wypełniała mnie niewyobrażalna radość. Tego nie da się opisać. W samym sercu owego ogrodu mamy swój domek z kuchnią, sypialnią, łazienką. Dookoła mnie mnóstwo barw. Nie tylko kwiaty są kolorowe. Kolorowe są jaszczurki, ptaki (w tym masa tukanów, kolibrów i ar), kolorowe są zachody słońca i liście najdziwniejszych roślin świata. Nocą jest masa gwiazd i świecących robaczków. I motyle! Motyle są kolorowe i duże i małe. Od dwóch tygodni poluję na zrobienie zdjęcia najpiękniejszemu. Jest większy od dłoni, największy jakiego widziałam. Od spodu jest brązowy, także nie widać go gdy siedzi na gałęzi, ale skrzydła z zewnątrz są jaskrawo błękitne. I porusza się jakby płynął a nie latał. Boska istota.
Golfito samo w sobie również pozostawia wiele do życzenia. Byliśmy zmęczeni wszechogarniającym brudem i brzydkimi (przynajmniej niektórymi) miasteczkami. Wszystko to jednak miało wyższy cel.
Jak mawiał Twardowski „W życiu musi być dobrze i niedobrze. Bo jak jest tylko dobrze, to jest niedobrze”.
W chwili gdy nasze stopy stanęły na brzegu ogrodu botanicznego i z każdym kolejnym krokiem w głąb, wypełniała mnie niewyobrażalna radość. Tego nie da się opisać. W samym sercu owego ogrodu mamy swój domek z kuchnią, sypialnią, łazienką. Dookoła mnie mnóstwo barw. Nie tylko kwiaty są kolorowe. Kolorowe są jaszczurki, ptaki (w tym masa tukanów, kolibrów i ar), kolorowe są zachody słońca i liście najdziwniejszych roślin świata. Nocą jest masa gwiazd i świecących robaczków. I motyle! Motyle są kolorowe i duże i małe. Od dwóch tygodni poluję na zrobienie zdjęcia najpiękniejszemu. Jest większy od dłoni, największy jakiego widziałam. Od spodu jest brązowy, także nie widać go gdy siedzi na gałęzi, ale skrzydła z zewnątrz są jaskrawo błękitne. I porusza się jakby płynął a nie latał. Boska istota.
Dni mijają wolno. Pracujemy od siódmej do jedenastej, a zwykle nawet krócej. Z uwagi na fakt, iż wokół ogrodu jest dzika dżungla niewiele tu dróżek, które moglibyśmy poznać. Niesamowite jest to, że wszystko tu żyje. Nie ma możliwości by zaznać ciszę czy bezruch. W nocy budzi nas (i usypia) bliskość oceanu. Co rano, w okolicach piątej, budzą nas wyjce. Wspominałam już o ptakach – wiecie ile hałasu robią ary?
Gdy próbuję patrzeć nieruchomo w jeden punkt mogę wytrzymać tylko chwilkę, ponieważ z każdej strony coś się rusza, np. w ciągu dnia koliber, a wieczorami nietoperz - przelatują tuż koło mojego ucha. Dziś akurat jakiś robak nawet wpadł mi bezpośrednio do ucha i czując się uwięziony postanowił mnie użądlić. Wszystko tu żyje.
Poza niespełna czterema godzinami rano, pozostały czas jest dla nas. Mamy możliwość wchłonąć to co dotychczas widzieliśmy, zwolnić, pomyśleć, a nawet gotować. Jedzenie… dni mijają na jedzeniu, przyrządzaniu jedzenia, myśleniu co i kiedy zjeść oraz co kupić. Jesteśmy w mieście raz w tygodniu, więc zakupy trzeba zrobić na cały tydzień, nie może niczego zabraknąć. No i najlepsze – duża część naszego jedzenia rośnie wokół nas. Świeże pomarańcze, grejpfruty, ananasy, banany, papaje - wszystko prosto z drzewa do brzucha :) Gospodarze mają spory ogród kuchenny z wieloma przyprawami, ziołami, zielonościami. Napisali również specjalną książkę kucharską opartą o swoje produkty. Nauczyli nas jak obchodzić się z kokosami, od zerwania po zrobienie mleczka kokosowego. Pokazali nam, które banany się smaży, które owoce są najlepsze na soki, jak najlepiej wykorzystać rosnący na krzewach pieprz, z czego robi się biżuterie, z czego perfumy Channel nr. 5, dlaczego nerkowce są takie drogie, a także wiele innych wspaniałych ciekawostek ze świata roślin.
Jest coś w jedzeniu owoców prosto z drzewa, czy wykorzystywaniu przypraw prosto z krzaków, co porównałabym do tego „czegoś” w nagich kąpielach w rzece, o których pisałam w ramach opowieści o stanach. Jakaś bliskość natury i samowystarczalność. A przy okazji jakie dobre!
Jest więc jedzenie, odpoczynek, czytanie książek na hamaku, granie w baggamona. Jest też czas na przemyślenia. Oto kilka z nich:
To już 4 miesiące poza Polską (1/3 planowanego czasu podróży). Kawał świata za nami, a jeszcze więcej przed. Płynę z prądem, niewiele do tej pory zastanawiając się nad całością, szerszą perspektywą. Tęsknię, ale nie na tyle by wracać ;) myślę dużo o Polsce, szczególnie w świetle sondaży i upałów.
Z każdym kolejnym dniem poznajemy siebie samych i siebie nawzajem. Na próbę wystawiane są nasze umiejętności planowania, decydowania, języka migowego, przełamywania się: żeby wystawić rękę w celu złapania stopa, żeby podejść do kobiety w ogródku i zapytać, czy moglibyśmy rozbić namiot, żeby zapytać o drogę nie znając języka, i najtrudniejsze dla mnie – żeby nie krzyczeć za każdym razem gdy atakuje mnie jakiś robak.
O dziwo nie brak mi stabilizacji, ale zaczyna doskwierać mi brak… ubrań (praktycznie na każdym przystanku coś zostawiam, bo plecak jest ciągle za ciężki), albo nawet nie tyle ubrań ile ubierania się, szykowania się, włożenia czegoś eleganckiego. Włosy obcina mi J. maszynką na bardzo krótko, mam japonki i sandały (sportowe oczywiście), mam 4 koszulki i dwie pary krótkich spodenek. Tyle. Już nawet dziurki w uszach mi zarosły, nie mam biżuterii i nigdy nie spodziewałam się, że może mi zabraknąć takich rzeczy. A jednak.
Mam jeszcze jedno ważne przemyślenie – jesteśmy dobrzy w tym podróżowaniu. Jesteśmy „dobrze naoliwioną maszyną do podróżowania”. Znamy się, wiemy jakie role przypadają któremu z nas. Kto lepiej mówi w języku migowym, a kto lepiej znajduje drogę. Kto wyszukuje lotów w sieci, a kto kolejnych hostów, czy couchsurferów. Dwa tygodnie temu przeglądałam wiele blogów podróżniczych (wiem, trochę późno), ucieszyło mnie jednak to, że wszystkie wskazówki praktyczne o jakich pisali inni, zostały przez nas wykorzystane w którymś momencie podróży i sami wpadliśmy na podobne, czy wręcz identyczne pomysły. Mamy nawet karteczkę z przetłumaczonymi na hiszpański zwrotami typu „czy możemy rozbić u pani w ogrodzie namiot na jedną noc?”. Jesteśmy dobrzy w tym co robimy :)
Podsumowując – jestem w raju, mam czas dla siebie i dla otaczającej mnie przyrody, mam u boku wspaniałego faceta, z którym uwielbiam podróżować, mam jeszcze dużo czasu przed sobą i chyba po prostu to co chcę napisać to fakt iż jestem szczęśliwa i… zamierzamy tu zostać jeszcze co najmniej jeden tydzień, nim ruszymy do Panamy.
*Po więcej zdjęć tego raju zapraszamy na fb :)
Marta
