Przed przyjazdem do Kostaryki zarezerwowaliśmy sobie pokój w „domu gościnnym” na kilka nocy, aby trochę odpocząć po tym, jak zwiedzaliśmy Stany w szybkim tempie. Pięć dni przy basenie, nic nie robienie, drinki z małymi parasoleczkami… Niestety nie udało nam się tam zrelaksować, gdyż większość czasu myśleliśmy o tym, co właściwie chcemy w tym kraju zobaczyć, czy można tutaj kempingować, jak wygląda transport publiczny, itd. Jednym słowem: planowaliśmy. Czynności niezbędne, choć przecież nie o to chodziło.

REKLAMA
Jesteśmy już trzeci tydzień w ogrodzie botanicznym. Jest tak dobrze, że przedłużyliśmy pobyt tutaj o tydzień i zastanawiamy się nad kolejnym. Wówczas będziemy łącznie prawie miesiąc.
Ogród ten należy do pary starszych (ok. 70 lat) amerykanów, którzy wyjechali ze Stanów i podróżowali przez 9 miesięcy na południe, przez Meksyk i inne kraje, aż dojechali tutaj i postanowili zostać, a wszystko to było 40 lat temu. Chcieli uciec od cywilizacji i żyć w swoim rytmie, dlatego kupili kawałek dżungli położonej nad brzegiem oceanu, którą zaczęli karczować i przeobrażać w przydomowy ogród. Ponieważ tutejszy klimat pozwala na wyjątkowo bujny rozwój flory, a co za tym idzie - fauny, z biegiem lat coraz więcej gatunków wielokolorowych roślin i zwierząt zaczęło otaczać dom.
logo
Ara na pobliskim drzewie.

Znajomy namówił naszych gospodarzy na otwarcie swoich włości dla turystów. Pomysł okazał się sukcesem – zarabiają więcej, niż potrzebują, wiodąc skromne życie na pustkowiu. Wodę czerpią z pobliskiego strumienia, prąd wytwarzają panele słoneczne, a drogą radiową dociera do nich… internet.
Raz w tygodniu, w piątki, płyniemy łódką do oddalonego o 30 minut miasteczka Golfito (drogi lądowej nie ma). Tam robimy zakupy na cały tydzień. Lepiej o niczym nie zapomnieć, bo nikt się wracać nie będzie :) Jedno, o czym nie trzeba pamiętać, to owoce – w pobliżu domu rośnie ich sporo, także codziennie jemy jakieś na surowo, albo wymieszane w sałatkach.
logo
Walka ze świeżo upolowanym grejpfrutem.

Do dyspozycji mamy swój (całkiem spory) domek; prosty, ale ładny i wystarczający. We framugach nie ma okien, pod dachem hula wiatr, ale temperatury nie wymagają zamykania się szczelnie i odcinania od świeżego powietrza. Dopiero od tygodnia jest więcej deszczy, zatem trochę się ochłodziło. Teraz jest tylko „upalnie”, a nie, jak do tego pory, „nieznośnie upalnie”. Ocean jest tak ciepły, że pływanie w nim nie przynosi specjalnej ulgi; gdy w zimowe wieczory robiłem sobie „gorącą kąpiel”, to woda miała właśnie taką temperaturę. Niemniej własna plaża kusi. Zwłaszcza, że pewnego poranka widzieliśmy z niej trzy wieloryby, innym razem delfiny, a także piękne burze, przetaczające się w oddali oraz bajkowe zachody słońca.
Ludzie płacą ciężkie pieniądze, żeby na jakiś czas znaleźć się w takim raju. My w zamian za pobyt musimy pracować – niecałe 4 godziny dziennie, 5 dni w tygodniu, wykonujemy proste prace ogrodowe, takie jak pielenie, grabienie liści, sadzenie trawy, ścinanie gałęzi.
logo

Mała cena za to, że już o godzinie 11 siedzimy na tarasie z kubkiem lokalnej kawy, podziwiając otaczającą nas przyrodę - czerwone ary wściekle krzyczą na pobliskim drzewie, zielona jaszczurka łapie jakiegoś robala, koliber sączy nektar z pięknych kwiatów… Nie musimy nic robić, niczego planować, niczym się przejmować. Jest absolutnie błogo. W końcu!
Kiedy pracując w Warszawie jechałem na weekend do Kazimierza, żeby trochę ”naładować baterie”, nie potrafiłem tak naprawdę odpocząć, bo ciągle wydawało mi się, że coś muszę - skoro jestem w Kazimierzu, to powinienem pójść na spacer, a wieczorem na Rynek, wypadałoby też spotkać się ze znajomymi… Nie potrafiłem rozłożyć się wygodnie na trawie i po prostu leżeć. Tym bardziej, że z tyłu głowy majaczyła myśl o niedzielnym powrocie w korkach do stolicy.
Tutaj jest inaczej. Pierwszy raz od bardzo dawna, chyba od dzieciństwa, nic nie muszę i jest mi z tym dobrze. Nie mam wyrzutów sumienia, bo coś „powinienem”. Na przykład wczorajsze popołudnie spędziłem na oddychaniu. Oj, dawno już tak nie oddychałem, jak wczoraj! Przy okazji uczę się grać na harmonijce, dużo czytam, układam pasjansa – same rzeczy tak błahe, że w Polsce nawet bym o nich nie pomyślał (niestety, czytałem zdydowanie za mało).
logo
Nauczyliśmy się grać w Baggamon.
Mając tyle wolnego czasu, jednocześnie świadomi, że pizzy nam tu nikt nie dowiezie, sporo sobie pichcimy. Do tej pory gotowanie było dla mnie niechcianym obowiązkiem, wynikającym z pobudek materialnych. Potrawy przygotowywałem na szybko, bez entuzjazmu, bo człowiek głodny jak wilk, po powrocie z pracy. Teraz sprawia mi to frajdę :) Pomijając eksperymenty z lokalnymi produktami, jak smażone banany, czy wytwarzanie mleczka kokosowego z własnoręcznie rozbitego kokosa, który omal nie urwał mi głowy poprzedniego ranka, więcej czasu i energii mogę poświęcić na przyrządzenie nawet zwykłej kanapki, nie wspominając o bardziej wyszukanych daniach obiadowych.
Nie wiem, czy chciałbym spędzić 40 lat życia tak, jak nasi gospodarze, ale jestem niemal pewny, że pobyt w tym raju przedłużymy jeszcze o tydzień.
Chętnie jeszcze bym poopisywał to miejsce, ale muszę kończyć, bo hamak do mnie puszcza oczko, a książka przecież sama się nie przeczyta. Ale zaraz! Przecież ja nic nie muszę…
Jędrek
Pocztówka od Taty:
Oczekując komentarza stawiacie mnie w dość kłopotliwej sytuacji - nie wierzę, że komentowanie przeżyć z Raju przez emeryta zatopionego w lokalnym politycznym cyrku, ma jakikolwiek sens, ale ... wykrztuszę jedno - czemu akurat Wy, a nie JA ?
Ot - głos z Ojczyzny ...